Saturday, 19 July 2014

M4 Wieści z frontu

Już dwa tygodnie prawie bez Towarzysza Męża, cztery to go.

I wiecie co? Jasne, że tęsknimy jak jasny gwint, ale czas leci mega szybko.

A jak mijają nam dnie (dni? Cholinder, czyta nas jakaś polonistka) ?

1. Nadrabiamy wszelkie zaległości towarzyskie i cioteczek Ci u nas dostatek. Mill też spotyka się z koleżankami (Polą i Kropką) a ostatnio nawet z kolegą (o-o!) który jest dwa razy starszy, dwa razy większy, i na dzień dobry zjadł jej stopę (eh te chłopy! :) Praktycznie codziennie się z kimś spotykamy. Czasem i dwa razy dziennie. Szaleństwo istne, no! A miałam robić porządki w stylu perfekcyjnej pani domu.Yyyy....

2. Spacerujemy, choć Mill robi absolutny bunt na pokładzie i nie chce w gondoli leżeć. Ewentualnie jak jej mrugają listki słonce/cień słońce/cień jeszcze zdzierży, ale i to nie za długo. Spacery wyglądają więc tak, że w torbie wózka jeździ Tula, kiedy Mill się buntuje (a niestety, mimo nowej dowózkowej zabawki dostanej od jednej z cioteczek, następuje to dość szybko) zostaje umieszczona w Tuli gdzie się chill-outuje i często zasypia, w każdym razie przestaje wyć syreną która mogłaby spowodować urywające się telefony przechodniów na niebieską linię, więc nawet przeczekać tego gondolowego buntu się publicznie nie da, bo że niby wyrodna matka i te sprawy - więc Mill-Mini-Terrorystka spacerowo stawia na swoim i widzi świat z Tuli a Matka-Samo-Zło lezie z tym dzieckiem w Tuli pchając ten pusty wózek przed sobą do którego i tak jej zaglądają i dziwią się czemu w środku nie ma dziecka (bo dziecko w wózku być nie chce). Pora na spacerówkę?

3. Kąpiemy się codziennie. Wróć, ja kapię Mill codziennie, bo że ja się kąpię codziennie, nawet dwa razy, to nic nowego. Zanim nastały ultraupały kąpaliśmy ją co dwa dni. Nick kąpał, w sensie, zanim wyjechał, skubany. W ultraupałach kąpię ją codziennie i w żelu kąpielowym a nie oliwce, bo jako że sama w takie upały się nie lubię oliwkować to co będę dziecko, bez sensu. Mill sobie chwali, kąpielowo piszczy z radości, więc cieszę się i ja.

4. Załatwiamy sprawy. W skarbówce na przykład byłyśmy adres wyjaśnić. Cytologię pobrać u lekarza (ja byłam w sensie, ale Mill ze mną, jako że Matka Polka też ma bunt na pokładzie i zostawać się z nią boi, bo ona czasem płacze. A ona wtedy nie wie co robić. A czy ktokolwiek widział dziecko niepłaczące?! A ząbkowanie u nas już pełną parą, więc ma prawo dziewczynka nie zawsze być w humorze. I tak wspaniale że przez większość czasu jednak jest. Ale to jak zwykle dygresja na kilometr, a o sprawach miało być). W przyszłym tygodniu idziemy odebrać Millowy paszport i tak się rozhulałam że chyba nawet wymienię prawo jazdy, którego od zmiany nazwiska 15 miesięcy temu jakoś nie wymieniłam. No nie złożyło się, no...

5. Zmieniamy się.

Mill:

- odsmoczkowała się. W sumie nawet fajnie, tylko ręce je namiętnie. Swoje, albo cudze, byle by po dziąsłach jeździły. Gryzaki ma dwa, oba toleruje, ale nie na długo - mnie się wydaje że one są po prostu dla niej za grube i za duże, bo ona jest jednak malutka i jeszcze ma prawo nie kumać idei ciężkiego schłodzonego gryzaka i tego że ma go trzymać i dawać do dzioba. Kiedy odwiedzałyśmy ostatnio Ruby Soho Mill wyraźnie zainteresowała się obłędnym arbuzem Kropki, więc zamówiłam jej też, niech ma, i winogronka w ten deseń, bo lekkie to i będzie (mam nadzieję!) na te biedne ząbki jak znalazł

- Ciągle się śmieje (kiedy nie płacze, oczywiście), gada jak najęta, piszczy, i cudowną dziewczynką jest (no to się akurat nie zmieniło) i ciągle zaskakuje mnie czymś nowym - dziś na przykład nauczyła się kopać w taką zabawkową poręcz w łóżeczku u rodziców żeby jej to grało kiedy ona chce. Matka Polka, moja babcia i ja zjadłyśmy obiad bez konieczności przerywania go w celu nakręcenia karuzelki, bo dziecko zabawiało się samo. Eh, pięknie jest!

Ja:

- ćwiczę codziennie, twardo. I dużo wody piję. Ciepło jest, więc łatwo i mój połogowy wodowstręt (tak, wiem że to nienormalne i że z reguły przy karmieniu piersią chce się i powinno się pić więcej, ale u mnie to się kompletnie nie sprawdziło). Łudzę się że się wylaszczę na powrót Towarzysza Męża :)

- czytam książki, ile wlezie. 'Czarny ogród' Kazimierza Kutza umila mi czas kiedy Mill drzemie. I tak, mam wyrzuty sumienia że powinnam w tym czasie sprzątać, ale mam jeszcze cztery tygodnie, zdążę

- odkrywam w sobie nieskończone pokłady miłości, cierpliwości i radości będąc z Mill 24/7. Myślałam, że będzie gorzej, dużo, dużo, dużo gorzej. A dajemy radę. Tęsknimy, ale na szczęście mamy skype'a, facebook'a, whatsapp'a i całą tą nowoczesną technologię ułatwiającą związkom na odległość życie. Nasz jest na odległość bardzo tymczasowo. I odbijemy sobie na wakacjach, a jak!

A co nowego u Was?

Buźka,
z&m

 Norweska cioteczka J.

 Spotkanie z Adaśkiem, który najwyraźniej gustuje w stopach <3

 'Tożto szok' - zdaje się mówić moja mina, a dziewczynki gaworzą po swojemu... Olga z Polą (Instytut Doświadczeń)


 'Dawaj tą pieluchę!' czyli kapeluszowe modnisie w ogródku u Ruby Soho

No i cioteczka M. z Hong-Kongu też w końcu do nas dojechała. Jest radość!

Friday, 18 July 2014

M4 Oszczędzamy!

'Dzieci kosztują'. Ano, kosztują. Ale małe dzieci wcale nie muszą tyle, ile ludzie mówią, że kosztują. Dziecko może stać się ekstremalnym wydatkiem, a może też bez jakiegoś ultrauszczerbku dla portfela chować się równie dobrze.

Najgorzej mają gadżeciarze (patrz: ja!!!!!) i osoby podatne na hasła marketingowców (patrz: ja!!!!!) że Twoje macierzyństwo nie będzie kompletne bez specjalnego kosza na pieluchy.

I czytelnicy blogów parentingowych, też mają przerąbane. Blogosfera pełna jest cudów o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia i żyliśmy bardzo szczęśliwie bez nich, ale jak już się o ich istnieniu dowiedzieliśmy... Po zabawie, musimy to mieć (i znów - patrz: ja!!!!!)

 Albo ludzie ze znajomymi z dziećmi w podobnym wieku, które to dzieci mają coś, co już i natychmiast chcemy dla naszych dzieci.

Jednym słowem - przekichane! Nawet jeśli ktoś tak jak ja uwielbia minimalizm (choć mówiąc szczerze macierzyństwo znacznie zmieniło moje podejście do minimalizmu. Nie potykam się co prawda jeszcze o zabawki, ale gadżetów okołodziecięcych przybyło mi znacznie więcej niż planowałam).

Jak nie dać się całkowicie zrujnować i na czym można przyoszczędzić? Oto mój subiektywny mini-przewodnik:

1. Używane ubranka


Dzieci mają to do siebie, że rosną. I nie tak jak my, wyłącznie wszerz, ale wzdłuż też. Rosną w dodatku w zastraszającym tempie (serio - gdybym jak chudła w takim tempie jak ona rośnie to byłabym już totalną skinny minnie). W takim tempie, że nie zdążą zwykle zniszczyć tego, w co odziewają je mamy. Zwłaszcza jeśli poza mlekiem nic innego nie jedzą, śladów słoiczków i innych marchewek na białych bluzkach nie uświadczysz.

Ubrania 'codzienne' w stylu półśpiochy, bodziaki i takie tam, warto kupić nowe, bo wiadomo, że w tym się dziecko wychodzi dość i ba, może nawet zdąży trochę znosić. natomiast bardziej czaderskie, wyjściowe ubrania, w stylu małe ogrodniczki, kiecki z falbanami czy mikro mini marynarki i wszelkie rzeczy w ten deseń naprawdę warto nabyć używane (z prostego powodu - bo są jak nowe. Tylko tańsze). I i tu jest kilka sposobów:

a)  znajomi z lekko starszymi dziećmi

Mama-mamie często pomoże. Pożyczy, często na wieczne nieoddanie, odsprzeda za grosze, albo zwyczajnie podaruje. Mill od moich kuzynek i znajomych otrzymała zastraszającą ilość ciuchów i ja naprawdę niczym nie mogę usprawiedliwić ewentualnych zakupów dla niej. Niektóre ciuchy z metkami. A niektóre mocno sfatygowane, ale to wiadomo, na odstrzał. Warto przebrnąć przez górę ciuchów bo często gęsto znajdziemy tam absolutne perełki.

b) w przypadku braku opcji a)

b.1) second-handy

Wyszperać się da cudeńka. Wiem, bo znajome szperają, mnie się nie zdarzyło, ale jak widzę ich zdobycze czasem, to żałuję

b.2) allegro/tablica/eBay etc.

Jak nam nie po drodze szperać zawsze możemy skorzystać z serwisów w stylu olx.pl czy allegro. Często znajdziemy tam 'MEGA PAKI' dla dziewczynki/chłopczyka na taki a taki rozmiar (choć oczywiście tam znajdziemy i perełki i szmaty, nie ma co, więc czasem warto kupować pojedyncze rzeczy od tego samego sprzedawcy  które widzimy każda jedna jak wyglądają. Plus dostawa do domu. Win-win.


2. Gadżety okołodziecięce

 

Podobnie jak z ubrankami, niektóre rzeczy bez których ciężko zajmować się niemowlakiem (łóżeczko na przykład) albo mniej ciężko, ale jakoś z nimi raźniej (typu mata edukacyjna) albo w ogóle są praktycznie zbędne, ale mamy taką fanaberię (jak podgrzewacz do butelek, że tak z autopsji wymienię) sprawdzą się równie dobrze używane, zwłaszcza takie które łatwo wyczyścić/wyprać, wygotować. Osobiście mamy kołyskę i wanienkę która czeka na swoją kolej bo ikeowa robi się za mała (o-o!) po siostrze mojego chrześniaka, a matę edukacyjną (stanęło na fisher-pricu póki co, napiszę o tym jeszcze jak dłużej poużywa Mill), leżaczek-bujaczek który jest u rodziców i podgrzewacz do butelek (ach te fanaberie!) dorwałam na tablicy za około 1/4 sklepowej ceny, a wyglądają i sprawują się jak nowe. 


3. Umiar

 

Jeśli karmimy piersią logiczne jest, że butelki są nam zbędne, chyba że odciągamy pokarm. Ja odciągam, ale nie non-stop, tylko od czasu do czasu jak gdzieś wychodzę. W zupełności mi wystarczają dwie butelki,
a  mam trzy bo dostaliśmy jedną w prezencie, ale spokojnie dalibyśmy radę i bez niej. Analogicznie, jeśli karmimy mlekiem modyfikowanym, laktator czy wkładki laktacyjne to zakupy całkowicie zbędne. I naprawdę nie potrzebujemy 10 smoczków, 15 gryzaków i 30 pieluszek tetrowych dla dzieci niepieluchowanych wielorazowo (wróć, jak któreś dziecko ulewa tyle co Mill to potrzebujemy, ale to ekstremum). Wiecie o czym mówię w każdym razie. Co za dużo to niezdrowo.
  

4. Pampersy


 Pampersy to jest w ogóle temat na osobny post zdaje się, bo opcje są różne - od przetestowywania tańszych pieluszek (u nas całkiem sprawdziły się osławione biedronkowe Dady, natomiast na noc jednak ciągle Pampersy, najbardziej białe, zielone też ujdą, za to pomarańczowe to zupełna katastrofa, ale ciągle poszukujemy pieluch idealnych  to raz, a dwa każda pupa jest inna i trzeba testować i sprawdzać co naszej akurat podpasuje. Naszego dziecka, to znaczy, bo my, przy dobrych wiatrach mimo wszelkich rodzicielskich obowiązków obywamy się świetnie bez pieluch). Opcje tu mamy takie:

a) znajomi z lekko starszymi dziećmi

Dzieci mają to do siebie że lubią wyrastać z danego rozmiaru pieluch akurat kiedy rodzice kupią giga-pakę. Peszek. To znaczy dla nas dobrze, bo rodzice tacy z reguły owe giga-paki nam podarowują, no bo co z tym zrobią.

b) znajomi z dziećmi w podobnym wieku którym pieluszki których używamy się nie sprawdziły

Rozumowanie to samo jak wyżej.

c) allegro/ebay etc

Dużo rodziców w sytuacji a) lub b) którzy nie mają znajomych z dziećmi młodszymi lub w podobnym wieku pozbywa się poczynionych zapasów na serwisach aukcyjnych w dobrej cenie. Warto patrzeć

d) wymiana pieluszek na tańsze

Trzeba testować, no. A nóż Dady, jak w naszym przypadku, sprawdzą się nawet lepiej niż Pampersy?

e) Ceneo

Ceneo czy inna porównywarka cen. Ja już tylko tak kupuję pieluchy (poza Dadami z Biedry, jasna rzecz). Wpisujemy co nas interesuje, a Ceneo nam pokazuje gdzie dostaniemy daną rzecz najtaniej i linkuje nas do odpowiedniego sklepu. Uwaga na gigapaki, bo czasem w mniejszych opakowaniach (podczas promo) wychodzi cały interes online taniej. Wyszukiwarka pokazuje nam ile to wychodzi w przeliczeniu na sztukę i ogólnie takie zamówienie to nic prostszego a oszczędzić można i 1/3 ceny hipermarketowej. Plus kurier pod same drzwi więc nie trzeba tego dźwigać. Woohoo!
  
No i jak już tak pooszczędzamy... To z dużo mniejszymi wyrzutami sumienia możemy się szarpnąć na otulacze bambusowe aden+anais o których pewna znajoma mama kusicielka-gadżeciarka pisałą u siebie na blogu a my od zmacania owych w tej znajomej mamy ogrodzie nie możemy bez nich (a jakże!) żyć (patrz: ja!!!!!)

A Wy jak? Szastacie pieniędzmi na prawo i lewo jeśli chodzi o zakupy dla Waszych dzieci, czy wręcz przeciwnie, oszczędzacie gdzie się da?

Ściskamy,
z&m

'Oszczędzają bogaci i nam się opłaci' jak mawia porzekadło - a tu Mill w kiecce odziedziczonej po dziecku znajomych i swojej starej/nowej macie edukacyjnej



Thursday, 17 July 2014

M4 Sexi mama (?)

W ramach braku Towarzysza Męża i niczym nieograniczonego dostępu do polskojęzycznej telewizji (żeby nie było - Towarzysz Mąż mi polskojęzycznej telewizji oglądać nie zabrania, ba, on mi niczego nie zabrania, ale jak jest to jakoś oglądać się nie chce bo są ważniejsze do roboty rzeczy. I w ogóle od zawsze telewizor u nas służy do gier konsolowych Towarzysza Męża, a raczej służył, bo teraz służy głównie do zbierania kurzu, za co zresztą oberwało mi się od rodziców, bo przecież dziecko mam, więc ta funkcja telewizora powinna zdecydowanie zostać zniwelowana, a zniwelowanie jej wcale nie zajmuje dużo czasu, więc dlaczego tego nie robię co chwila, ale jak zwykle odbiegam od tematu a nie o telewizorze miało być!) obejrzałam dzisiaj mało ambitne i jakże kontrowersyjne 'Rozmowy w toku' o jakże wymownym tytule 'Matka Polka chce być sexy!' (dla zainteresowanych odcinek do obejrzenia tu).

Dało mi to do myślenia. Bohaterki programu, jak dla kogo sexy, ale nie uznawały macierzyństwa za stan usprawiedliwiający tłuste włosy i brak makijażu (mówiąc oględnie, bo różne osoby tam różne rzeczy mówiły).

Ja nie jestem aż tak kategoryczna. Uważam, że jak ktoś ma ochotę na tłuste włosy i brak makijażu, zarówno z małym dzieckiem jak i bez - be my guest. Sądzę, że nie ma jednego kanonu, jednej recepty, że nie to jest ładne co jest ładne ale co się komu podoba i że i amator tłustych włosów się pewnie znajdzie (co ja się tak uczepiłam tych tłustych włosów, ja nie wiem!), wszak dziwny jest ten świat.

Jeśli ktoś ma ochotę paradować po porodówce w pełnym mejk-apie i szpilkach - proszę bardzo, jeśli ktoś ma to wszystko glęboko w d. i poród jest dla niego przeżyciem czysto duchowym, a nieogolone nogi nie spędzają mu snu z powiek - również proszę bardzo. Miejsce dla wszystkich jest.

Ja sama jestem gdzieś pośrodku. Szpile, megafryzura i pełny makijaż każdego dnia z niemowlęciem to kompletnie nie moja bajka, ale też nie jestem abnegatką w stylu 'ja już urodziłam, to już nic nie muszę, i jestem teraz w 100% dla dziecka, a dziecku wszystko jedno czy mam 20 kilo nadrwagi czy 5 niedowagi i zupełnie nie zwróci uwagi na długość pokrytych bądź nie maskarą rzęs.'

Myślę, że najważniejsze, żeby w całym okołodziecięcym szaleństwie znaleźć chwilę dla siebie, żeby czuć się dobrze we własnej skórze (nawet jeśli nasze pociążowe ciało nie wygląda od razu tak, jakbyśmy chciały - jeśli dres zastąpimy sukienką z przeceny w rozmiarze 'przejściowym' i zrobimy lekki makijaż nawet z kilogramami możemy czuć się zadbanie i pięknie, a w międzyczasie i z kilogramami coś się zrobi - chyba, że ktoś się czuje nader dobrze w dresie i braku makijażu, wtedy nie trzeba robić nic i po problemie, ale osobiście takiej kobiety chyba jeszcze nie spotkałam).

Kiedy Mill ma 3,5 miesiąca ja, mimo wagi sprzed ciąży odzyskanej w tydzień po porodzie, nie czuję się jeszcze tak ładnie i zgrabnie jakbym chciała. Mam dni, jak dziś, że kompletnie, mimo wyjść, nie chce mi się malować - nie maluję się więc, ale z pełną premedytacją. Upinam włosy, ubieram coś wygodnego i ładnego i jest ok. Jeśli nie jest - jednak się maluję. Co poza tym? Za wczorajszą zgodą nowej pani ginekolożki (idę na rehabilitację z wszystkimi poporodowymi komplikacjami o których było tu, kiedy doczekam się efektów dam znać!) mogę znów ćwiczyć, więc ćwiczę, kiedy Mill śpi. Wczoraj o 23:00, dziś o 17:00. Przecież mogę grafik do dziecka dostosować, kto mi zabroni. Kiedy nie mogłam ćwiczyć chodziłam na spacery, długie. Dalej chodzę. Dzięki temu mam poczucie że robię też coś żeby wyglądać lepiej (i tak, dalej jadam ciasto, z  tym że nie codziennie). Raz na 3 tygodnie Matka Polka (czyli moja mama, w odróżnieniu od Angielskiej Teściowej) zasuwa do parku z Mill a ja pędzę na hybrydowe mani-pedi. Od drzwi do drzwi zajmuje mi to godzinkę, więc dziewczyny sobie spokojnie radzą, a ja się cieszę że mam ładne paznokcie. Podkładu do twarzy nie używam, podobnie jak szminek i błyszczyków, żeby nie mazać tym Milly, ale już tuszu do rzęs ani cieni nie widzę powodów żeby sobie żałować. A od razu się wygląda tak... no jak człowiek.

I dobrze mi ze sobą, czasem zrobioną bardziej, czasem mniej, a o to chyba w tym chodzi.

A u Was jak to było albo jest? Olałyście się totalnie pociążowo zmieniając priorytety czy podobnie jak dziewczyny u Drzyzgi sądzicie że ciąża i małe dziecko nie powinny nic zmieniać w podejściu do wyglądu?

Ściskamy Was mocno, z & m

 'Bingo wing' musi odejść czyli zu ćwiczy!

 ...kiedy Mill smacznie śpi niewzruszona pod

 A kiedy wychodzimy to obie się ubieramy niekoniecznie w powyciągane dresy! (tu w przepięknym ogrodzie Ruby Soho)


Wednesday, 16 July 2014

M4 Krótko i na temat

7.5h.

Tyle spała Mill ciągiem dziś. I wczoraj. Przedwczoraj siedem.

Aloha przespane noce?

Fanfary dla tej pani!



A Wasze dzieciaki? Przesypiają noce?

Ściskamy,
z&m

Monday, 14 July 2014

M4 Trzy Gracje

Dzieci lubią dzieci - powiedziała ostatnio Olga.

Ano lubią.

Ja jakoś nie mam znajomych z małymi dziećmi w podobnym wieku tu na miejscu. Owszem, znajomych z dziećmi w podobnym wieku mam - ale dosyć rozsianych po świecie i Polsce (w Sewilli, w Krakowie, w Anglii i w Sulejówku prawie-że), ale na miejscu słabo.

Nie miałam koleżanek w ciąży w tym samym czasie, nie spotykałam się na żadnych brzuszkowych spotkaniach, na szkole rodzenia, na którą trochę liczyłam pod względem znajomościowym były same pary i jakoś tak... Dziwnie było zagadać, bo na blogu nie widać, ale ja w sumie na żywo dość wstydliwa jestem. Zwłaszcza przy pierwszym kroku. Tak samo nie lubię dzwonić do nieznajomych i wszelkie pierwszo-spotkaniowe sytuacje mnie stresują. Tak mam.

Na fora w stylu 'marcóweczki 2014' ja się kompletnie nie nadaję. Czytałam jedno w jeden wieczór i bardzo jednak to nie moja bajka. Ale jeśli jest to czyjaś bajka to kumam czaczę i kibicuję. I chyba z tej potrzeby okołodziecięcego zainteresowania w ogóle powstał mój blog który, co szalenie mnie cieszy, z taką chęcią (ponad 50.000 odsłon - dziękuję!) czytacie. Dziękują za wszelkie komentarze, wiadomości i ciepłe słowa - jest to fantastyczne!

Blog spowodował jednak coś jeszcze - zupełnie nieoczekiwane przeze mnie znajomości 'na żywo'. Okazało się nagle, że po drugiej stronie ekranu siedzą żywe dziewczyny, żywe mamy, i w dodatku niektóre całkiem blisko.

Ruby Soho poznałam dzięki Mamie Silesii (no właśnie Judyta, co to za milczenie jest?!?!?!?!!?) i jej komentarze spodobały mi się na tyle że weszłam w jej profil, jej bloga (Life Stajla Baby Blog) i totalnie przepadłam. Na szczęście zadziałała chemia i Ruby i u mnie stała się częstym gościem. I tak od słowa do słowa (od komentarza do komentarza) postanowiłyśmy się spotkać na żywo. I na tym spotkaniu na żywo przez totalny przypadek wpadłyśmy też na Olgę (Instytut Doświadczeń) która zaciekle broniła mnie w sporze o czapkę (tym) i zaprosiła do siebie (na blog)... I też przepadłam!

Nasze córeczki dzielą odstępy trzytygodniowe (Kropka-Pola-Mill) i są razem absolutnie przecudowne. Z dziewczynami też złapałyśmy kontakt od razu, strasznie lubię ich styl, ich blogi, ich osobowości... i w ogóle wszystko lubię! Dziewczyny lubiłabym i bez dzieci, ale dzieci w tym samym wieku są dodatkowym bonusem. Spotkanie są cudne, karmienie, zmiana pieluch i inne okołodziecięce przerywniki są supernaturalne i nie trzeba się z nich tłumaczyć, temat dzieci równie naturalnie pojawia się nieustannie, ale i inne mają rację bytu.

No sielanka, sielanka po prostu, no!

A Wy jak - macie znajomych z dziećmi w podobnym wieku? A może poznałyście kogoś dzięki blogom czy forum?

Ściskamy,
z&m

PS. No i Judyta (Mama Silesia) z Benem i Dori z Martusią - może jakieś pikniki reaktywacja?

Trzy Gracje

Sunday, 13 July 2014

M4 Nikiszowiec - magiczne miejsce

W Nikiszowcu jest moja ukochana kawiarnia (Byfyj).

W Nikiszowcu urodził się mój tato i z Nikiszowca i okolic pochodzi praktycznie cała moja rodzina.
Nikiszowiec to moje dzieciństwo, to przepiękny kościół świętej Anny i lodowisko na które chodziłam zawsze przed dobranocką.
Ostatnio Nikiszowiec to też miejsce wielu fajnych wydarzeń (o Industriadzie pisałam tu, a o jarmarku świątecznym tu) i jedno z moich ulubionych miejsc spotkań.

Nikiszowiec to dla mnie magiczna dzielnica Katowic, do której zawsze chętnie wracam. Historię też ma ciekawą, ale nie będę Wam powielać Wikipedii i zainteresowanych odsyłam tamże.
 
Ostatnio wyrwałam do Nikiszowca Ruby Soho na spotkanie bez dzieci. Mały tour de Nikisz i byłyśmy gotowe do ciastojedzenia w Byfyju. Pięknie było, a dzieci pod troskliwą opieką tatusiów też miały się w porzo.

A dziś na Nikiszowcu odbywał się Jarmark lokalnej Art Naif czyli sztuki naiwnej połączonej z wystawcami rękodzieła i mnóstwa gadżetów dla dzieci ( o nieee) w związku z czym udało mi się tak wyciągnąć gadżeciarę pierwszej wody i maniaczkę wydawania pieniędzy na swoją śliczną córeczkę czyli Olgę z Instytutu Doświadczeń. Dziewczyny ewidentnie przypadły sobie do gustu i przytulały się do siebie i wyciągały rączki. My też nie mogłyśmy się nagadać no i oczywiście nie oparłyśmy się też małemu zakupowemu szaleństwu. Poza tym podejrzałam u Olgi wózek którego zakup rozważam w ramach zabrania na wakacje bo jest mały, lekki i kompaktowy (kurka, ale przecież ja wcale nie potrzebuję nowego wózka!!!!) i spędziłam cudowne popołudnie u rodziców na obiedzie.

I... na deser wróciłam z rodzicami i Mill do ukochanego Byfyja, gdzie wpadliśmy na P. - chrzestnego Mill. Fajnie było!

A Wy, macie takie swoje ukochane miejsca?

Ściskamy,
z&m

PS. No i komu tu kibicować, komu?

















Saturday, 12 July 2014

M4 Mamascarf

Dzięki lekturze blogów parentingowych i poznanym dzięki tymże dziewczynom-mamom, rzadko trafiają mi się gadżetowe wtopy okołodziecięce (za to gadżetów na mojej chciej-liście przybywa i przybywa, no ale coś za coś). Ale tym razem popłynęłam. A kitem nad kity okazał się niejaki Mamascarf, który jako ofiara marketingu zapragnęłam mieć już i natychmiast i skuszona ilością nagród które produkt otrzymał i tym jak pięknie i sprytnie wyglądał na zdjęciu z opakowania. Głupia ja.

Na informację o Mamascarf natchnęłam się nie chcący szukając nowego laktatora na stronie Mothercare (a dla tych co nie wiedzą dlaczego szukałam nowego laktatora - więcej tu). Ustrojstwo kosztowało 17GBP (teraz jest tu w promocji za 9, choć i tak uważam że nie warto) ale wydawało mi się nader sprytne i odpowiadające na moje potrzeby, które nie wiedziałam że mam, dopóki tego nie widziałam.

Ano, co to jest? Wedle producenta innowacyjny szalik dla entuzjastek karmienia piersią w miejscach publicznych tak, żeby nie epatować cycem. Zaprojektowany przez mamę karmiącą, zdobywca bazyliona nagród, szmery bajery. Czyli coś w sam raz dla mnie (choć mówiąc szczerze odkąd urodziłam Mill moje piersi i tak widziało więcej osób niż do urodzenia Mill przez całe życie więc w pewnym momencie już serio zaczęło być mi wszystko jedno. Jednak zdaję sobie sprawę że jak wychodzę z Mill z moimi przyjaciółmi płci męskiej, zwłaszcza tymi bezdzietnymi, że niekoniecznie chcą oglądać mój cyc - awkward!). Tak też wymyśliłam sobie że ja to koniecznie muszę mieć.

17GBP jednak nie mało, zwłaszcza po nieplanowanym zakupie laktatora (o nim tu, i ciągle uważam że jest super), więc zachęcona sukcesem na gumtree (również przy okazji laktatora) postanowiłam posuzkać czegoś używanego i tym sposobem znalazłam szalik na eBayu. Zapłaciłam za niego 4 funty i na szczęście nie więcej, bo szczerze mówiąc szaliki z Primarka za połowę tej i tak niewygórowanej kwoty sprawdzają się równie dobrze jeśli nie lepiej. Ale żeby 17GBP?! Serio?! Za co?

A co mi się tak w ustrojstwie nie podoba?

1. Konstrukcja

Spodziewałam się takiej jakby kieszonki do włożenia dzidziusia. Jakiegoś zapięcia, jakiegoś czegoś odkrywczego i ułatwiającego rzeczywiście proces karmienia w miejscach publicznych, co bywa kłopotliwe. W ogóle kompletnie inaczej to widziałam. Tymczasem dostajemy wielki trójkąt, i tyle. A, sorry - jest kieszonka. Na dole trójkąta jest malutki trójkącik, do którego rzekomo możesz sobie włożyć wkładkę laktacyjną. Czyżby? Moja zostaje w staniku i też jest ok. Raz chciałam (naprawdę chciałam!) z tego skorzystać to przy manewrach z dzidziolem upadła na ziemię. czyli konstrukcja totalnie bez szału i ten sam efekt uzyskamy przecinając dużą kwadratową chustę na pół (w dwa trójkąty w sensie, nie prostokąty, wiecie o co chodzi). A jak się uprzeć to i tą totalnie zbędną kieszonkę można sobie doszyć.

Bo zakłada się to tak, że się wiąże podwójny węzeł na szyi. Voila! (Że przypomnę: 17GBP - serio!?!?!?)

2. Jakość

No bawełna, cienka. W takie małe jakby kuli. Jest ok, ale z nóg nie zwala, żeby miało to aż tyle kosztować. Ruby Soho ostatnio wyjęła go z opakowania w TK Maxxie ( także beware - bywają w TK Maxxach!) i stwierdziła że materiał jak fartuch kuchenny. Nie wiem jaki Ruby ma fartuch, ale mój jest znacznie grubszy, znacznie lepiej odszyty i znacznie bardziej powalający jakościowo.

Poza tym dostępne jest ustrojstwo w kolorach czarnym, granatowym, kremowym i w liście. W liście jest brzydki i się gryzie z czymkolwiek, więc pole manewru do założenia poza karmieniem piersią ograniczone. W czarnym i granatowym w słońcu upalnie a kremowy nader łatwo usyfić. Nasz jest czarny i Mill zwyczajnie nie pasuje.

PODSUMOWANIE

Gadżet wymyślony ewidentnie w celu wyłudzania kasy od rodziców, którzy naiwnie jak jak ja myślą że potrzebują WSZYSTKO. Wolę Mill karmić przykrywając się pieluszką albo zwykłą chustką/kominem które akurat mam na sobie. Mamascarf mieszka w naszej torbie na pieluszki, ale chyba już niedługo. Strata kasy i rekomendacji ode mnie niet.

Miałyście? Słyszałyście? A może u Was jakimś cudem się toto sprawdziło?
Albo macie jakieś inne gadżety które kompletnie okazały się zbędne?

Ściskamy,
z&m

Zdjęcie ze strony producenta gdzie w razie gdyby moja negatywna opinia Was nie zniechęciła możecie owy Mamashit nabyć w astronomicznej cenie 17.99GBP. Ale za to Mel C. to reklamuje!