Friday, 7 February 2014

W33 Co jest w mojej torebce?

W ramach dalszego nieeee-chce-miiii-sięęęęęę-nie-mam-siłyyyyy-jest-brzyyyydko-i-pochmuuuurno-i-jestem-zmęczoooona-i-śpiąąąąca marudzenio-pojękiwania leżę dzisiaj do góry brzuchem (w rzeczy samej do góry, brzuchem do dołu mogłoby już być ciężko) i czytam zaległości na moich ulubionych blogach. To znaczy, żeby nie było, to nie blogi mają zaległości, tylko ja je mam, z reguły z okresu kiedy blogów o tematyce okołodziecięcej nie czytałam wcale, bo i po co.

I tym sposobem u mojej ukochanej mamy silesii trafiłam na październikowy post o zawartości jej torebki (do poczytania tutaj). Pamiętam że krążyły i takie filmiki po jutjubie, i na blogach coś niecoś o tym było, wszystko sto lat temu. Stwierdziłam więc, że temat może i stary, ale jak dla mnie jary (póki moja torebka nie jest zagracona rzeczami Mi) i w sumie trochę mi z nią ciężko i może przy okazji przyjrzałabym się temu to tam w niej noszę i zrobiła lekki porządek, bo jak u mamy silesii w mojej torebce nie wygląda, niestety.

Sprawa wyglądała więc tak:



Nieostre zdjęcie z nieciekawą zawartością stanu 'przed'

A tak oto prezentuje się niechlubna zawartość mojej torebki (też 'przed')

  1.  Papiery firmowe, testy, wypracowanka i wszelkie okołonauczycielskie rzeczy które trzeba było jeszcze odnieść do szkoły. Zrobiłam to w czwartek, mamy w sobotę, teczka oczywiście ciągle leży w torebce.
  2. Kalendarz. Do momentu zajścia w ciążę posiadanie kalendarza wydawało mi się zbędnym luksusem, pamiętałam wszystko, a tak tylko traciłabym czas na zapisywanie wszystkiego i jeszcze w dodatku na oglądanie tego, co tam zapisałam. Aż tu przyszła Milly i pamięć absolutna absolutnie wysiadła. Kalendarz mam zapisany po brzegi mnóstwem spraw do załatwienia o których inaczej byłabym była zapomniała, spotkaniami, lekcjami, ćwiczeniami i innymi rzeczami które wcześniej odbywały się w mojej głowie. Zapytana o hit-gadżet ciąży kalendarz niewątpliwie znalazł by się na pierwszym miejscu. 
  3. Folder 'Baby Milly' (więcej o nim tu) - potrzebny był mi na wtorkową wizytę u lekarza. Podkreślam, wtorkową. Mamy sobotę, folder jak leżał w torebce, tak leży. 
  4. Zeszyt. Ze spisem treści. Mam w nim konspekty zajęć, słówka do powtórek dla moich uczniów, notatki ze szkoły rodzenia i wszelkie 'TO DO' listy. Podobnie niezbędny jak kalendarz.
  5. Okulary przeciwsłoneczne, wszak piękną mamy wiosnę tej zimy.
  6. Sześć produktów do ust. W torebce. Sześć. Bez komentarza, bo jest zbędny. Chyba nie muszę wyjaśniać że nie wiem jak to się stało?
  7. Długopisy luzem, których kiedy potrzebuję i tak nie mogę nigdzie znaleźć. Zuzowy klasyk.
  8. Czapka. Bo piękna wiosna tej zimy piękną wiosną tej zimy, ale przecież zawsze się może zrobić zimno, prawda? A tak między Bogiem a prawdą to musiałam ją była kiedyś ściągnąć i włożyć do torebki, ale za Chiny Ludowe nie pamiętam kiedy by to było mogło być.
  9. Kluczyki domowo-samochodowe też mieszkają w torebce. Mimo tego że mam przy wejściu specjalny pojemnik na klucze i ambitny plan żeby po wejściu do domu te klucze tam wrzucać, żeby uniknąć poszukiwania ich w panice przed kolejnym wyjściem z domu. Plan póki co pozostaje w sferze ambitnych a kluczyki gdzie wylądują tam wylądują (z reguły w kieszeni albo torebce albo na stole. W lodówce ich jeszcze nie było, dobra nasza!)
  10. Papierki po cukierkach, którymi mnie futrują u lekarza i na szkole rodzenia. No dobra, może mnie nie futrują, a futruję się sama, no ale jak się mam nie futrować jak one leżą i patrzą i chcą żebym je zjadła? Zwłaszcza że później słucham dużo o dietach kobiet w ciąży i matek karmiących a to stresujące tematy są, a na stresy nic tak nie działa jak coś z czekoladą, a pech chce że cukierki zarówno u lekarza jak i na szkole rodzenia z czekoladą właśnie są. Natomiast torebka zdecydowanie nie jest najlepszym miejscem na papierki po nich, tu się zgodzę.
  11. Banany. Kupione po drodze do księgowej/szkoły/parku/poczty czy innej jeszcze instytucji gdzie coś musiałam załatwić z pewnością. Musiałam też mieć na nie ochotę. Po czym o ochocie zapomniałam (patrz: punkt 2). I tak zostały w tej torebce leżeć, biedaczyska.
  12. Rachunki. Niewątpliwie jeden z bananów. Żaden niepotrzebny,
  13. Portfel-gigant. Na czas ciąży mój ukochany mały czerwony zamieniłam na mój dostany-kiedyś-od-teściowej-na-Gwiazdkę portfel obecny z prostego powodu - mieści kartę ciąży, a kartę ciąży przy sobie jednak zawsze dobrze mieć.
  14. Rękawiczki. Uzasadnienie to samo co z czapką (patrz: punkt 8).
  15. Przejściówka, tak zwana. Jako że mój mały komputero-tablet Windows Surface (taki) został nabyty w Stanach Ju, Es End Ej, nie pasuje jego kabelekowa końcówka do polskiego gniazdka. Komputero-tablet ostatnio wędrował ze mną chyba w okolicach soboty (tak, tej soboty tydzień temu) - i o ile i komputero-tablet i kabelek udało mi się wypakować (ooooł jeee!) o tyle losu tego przejściówka jak widać nie podzieliła. Suprise-suprise.
  16.  Pen drive, czyli moja firma w pigułce. Faktury, rachunki, prezentacje - wszystko i jeszcze więcej. Gadżet niezbędny, ma się rozumieć. Szczęśliwie z gatunku tych, które ani nie ważą, ani nie zajmują miejsca. 
  17. Dezodorant. I znów - nie wiem co tu robi. Mimo tego że do osób nader potliwych nie należę, dezodorantu w ciągu dnia poprawiać nie muszę, jakimś cudem utorował sobie skubaniec drogę do mojej torebki, hmmm. Jako że mam w domu takich samych dezodorantów kilka sztuk (jeden w szafie, jeden w łazience i pewnie jeszcze parę gdzieś po szafkach zaplątanych) nawet nie zauważyłam braku w którymkolwiek ze znanych mi dezodorantowo-przechowujących miejsc. Ciekawa sprawa, Holmes by się przydał. Sherlock.
  18. Ukochane perfumy w wersji dotorebkowej. Zanim znalazły się w mojej torebce znalazły się na mojej świątecznej łiszliście (tu) a później pod choinką. Dzięki, mami!
  19. I kolejny niezbędnik ciężarówki - Rennie. Czasem pomaga, czasem nie. Pozwolenie na doraźne stosowanie od lekarza mam, to noszę w razie czego. Jak mawia mój tata - lepiej nosić niż się prosić. I zdecydowanie lepiej nosić bo a nóż pomoże niż rzygać w obcych publicznych kibelkach, jak mawiam ja, po niestety intensywnych doświadczeniach na sobie.
Ta-dam! Jednym słowem burdel straszny.

Dokonałam zatem pięciominutowych porządków i oto zawartość torebki 'po':


  1. Rennie, bo nigdy nic nie wiadomo.
  2. Zredukowane do dwóch produkty do ust. Plus mocne postanowienie żeby kiedy używam czegoś innego ten torebkowy odłożyć na miejsce do mejkapowej szuflady.
  3. Perfumy, muszą być, póki moje dziecko się nie buntuje.
  4. Okulary przeciwsłoneczne, w ramach bycia optymistką pogodową, też zostawiam.
  5. Zeszyt do wszystkiego, no jak mam go nie brać, jak w nim jest wszystko?
  6. Długopis zamiast się poniewierać w czeluściach torebki ma swoje miejsce w zeszytowym miejscu na długopis. Prawda że sprytne?
  7. Giga-portfel z kartą ciąży, też być musi, nie ma to tamto.
  8. Kalendarz. Z moimi ciążowymi dziurami w mózgu absolutnie niezbędny. Jak czegoś od razu nie zapiszę to pewne bankowo że zapomnę. I jeśli czegoś jakimś cudem nie ma w zeszycie (choć jest tam wszystko) to na sto procent jest w kalendarzu.
  9. Kluczyki powinny być na swoim miejscu przy wejściu, ale ten jeden jedyny raz pozwoliłam im zostać w torebce. Niech mają! 
I tym sposobem zawartość mojej torebki udało mi się zlikwidować o ponad połowę. Lubię to, mój kręgosłup to lubi i mam nadzieję że już tak ładnie, porządnie i poukładanie zostanie.
 
A tak wygląda moja torebka po porządkach:
 


Nie lepiej?
 
Ściskamy z poczuciem dobrze spełnionego torebkowego obowiązku,
z&m

Thursday, 6 February 2014

W33 Woombie

Trzydziesty trzeci tydzień. Urodziny taty (mojego, nie Milly). Czas leci jak torpeda.

A ja dzisiaj nie mam siły się ruszać (w przeciwieństwie do torpedy). Post o ćwiczeniach w ciąży się pisze, ale dzisiaj nie mam siły go skończyć. Na nic nie mam siły, jeśli mam być szczera. Nie wiem czy to to głupie żelazo, czy taki one-off dzień kiedy nie mam siły. Wkurzam się niemiłosiernie, bo chciałabym zrobić milion rzeczy, a nie mogę się zwlec z łóżka.

Syndrom wicia gniazda postępuje, dziś na tapecie łazienka, ale jej sprzątanie (włącznie z czyszczeniem fug starą szczoteczką do zębów, takie atrakcje tylko w ciąży!) zajęło mi chyba z pół dnia, bo energii zero. Wrrrr.

W ramach niemienia siły na nic więcej trochę sobie dzisiaj odpuszczam. Może muszę mieć jakiś lżejszy dzień, no a jak muszę to niech mam.

Siedzę więc tudzież leżę, czytam książki, oglądam 'Położne' (więcej o nich tu, ciągle mi się nie znudziły) i szperam w internecie we wszelkich okołodziecięcych tematach. I tym sposobem trafiłam na woombie.

To znaczy - słyszałam o tym już wcześniej, ale informację zignorowałam. Dziś mnie zaciekawiła do tego stopnia, że rozważam nabycie. A co to takiego?






[wszystkie zdjęcia ze strony woombie.com]

Co to jest to woombie więc? Po polsku to się ponoć nazywa otulacz. Znalazłam nawet polską woombie stronę o prostym adresie www.otulacz.pl. Tam też wszystkie informacje o tym co to za cudo znajdują się. W skrócie:

- zastępuje koce i wszelkie inne standardowe metody opatulania noworodków, tylko jest łatwiejszy w użyciu i nie trzeba się zastanawiać czy nie opatuliło się za mocno (coś dla mnie)
- pomaga na kolki (których mam nadzieję tak czy inaczej unikniemy, ale jedyne co mogę to mieć nadzieję, bo z tego co mi wiadomo reguł nie ma)
- likwiduje potrzebę niedrapek (a dla tych co nie wiedzą co to niedrapki - więcej o nich tutaj - bo rączki są skrępowane, ale ponoć dzidziusie to lubią)
- ma się przyczyniać do szybszego zasypiania, spania dłużej i lepiej
- wspiera rozwój motoryki (ponoć)
- nie powoduje przegrzania dziecka (zmora polskich mam)
- zapewnia możliwość ruchu w otulaczu

Wydaje się to cudownym wynalazkiem. Jedyny minus - to to, co jest jak najbardziej do przewidzenia - cena.

Standardowa cena standardowego (bez udziwnień typu materiał w dinozaury) woombie na standardowego noworodka 2,5-6,3 kg to 139PLN. Z tego co mi wiadomo tak znów dużo czasu nie mija dopóki dzidziuś nie osiągnie tych 6 kg. Kolejny standardowy rozmiar to 6,3kg-9kg. Więc tylko 3 kilo zapasu, i kolejne 139-145PLN. A potem mam nadzieję że wynalazek ten byłby już zbędny (choć i większy rozmiar istnieje). 139PLN niby nie majątek, ale przy wszystkich okołodziecięcych wydatkach to jednak kolejny wydatek, który może wydawać się zbędny. Ja nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji, ale chyba mnie to ustrojstwo przekonuje (tak tak, stara śpiewka, marketingowcy reklamowi + zuz to nie jest dobre połączenie).

Jak myślicie? Brać? Nie brać?

Macie jakieś doświadczenia? Na stronie oficjalnej jest pełno cudownych komentarzy zadowolonych rodziców, ale jak mają być na oficjalnej stronie i niezadowoleni, takie marketingowe chwyty to nawet ja znam, interesują mnie więc opinie prawdziwe)

Ściskamy mocno!
z. & zapatulona póki co w brzuch m.


Wednesday, 5 February 2014

W32 Wyprawka kosmetyczna dla malucha

Jestem kosmetykoholikiem i przyznaję się bez bicia.

Nie mam dziesięciu kremów na dziesięć różnych partii twarzy i ciała (więcej o pielęgnacji w ciąży pisałam tu) ale o kosmetykach czytam namiętnie, czytam etykiety i składy, oglądam jutjubowe widea i recenzje, czytam wizaż i testuję dopóki nie znajdę ideałów.

Nie byłabym więc sobą, gdybym nie przeczytała wszystkiego co jest do przeczytania w kwestii kosmetyków dla noworodków.

Wniosek pierwszy: producenci szaleją. I produkują zdecydowanie więcej kosmetyków niż jest dzieciom potrzebne. Skoro ja sama nie używam balsamu po kąpieli (bo nudzi mnie to niesłychanie) kiedy nie jestem w ciąży (a i w ciąży używam jak mi się przypomni, skrupulatnie natomiast używam oliwki, ale tylko dlatego że wizja rozstępów działa mocno na moją wyobraźnię, a wizja rozstępionej skóry do gatunku wizji przyjemnych bynajmniej nie należy), to tym bardziej nie widzę sensu maltretowania tą czynnością noworodka.

Wniosek drugi: producenci twierdzą że wszystko z ich linii się uzupełnia i jest absolutnie niezbędnym minimum pielęgnacji noworodka. I marketingują swoje produkty usilnie, a wiem to bo na każdym spotkaniu szkoły rodzenia (z której nomen omen w dalszym ciągu jestem bardzo ale to bardzo zadowolona) dostajemy sponsorowane paczki z dziecięcymi gadżetami i książeczkami typu 'elementarz pielęgnacji' - dużo z tego to fajna sprawa, ale dużo to totalny bull...t czyhający na nieświadome niczego mamy, które nie mają o dzieciach pojęcia i wierzą we wszystko co czytają (patrz: ja, ultrałatwa ofiara specjalistów od marketingu, ale tym razem postanowiłam się nie dać).

Wniosek trzeci i ostatni: Sroka prawdę Ci powie! Ci co nie znają sroczynego bloga (tego) nie wiem gdzie się uchowali, ale ja odkąd poznałam absolutnie się zakochałam. Wie dziewczyna o czym mówi, świetnie analizuje składy, wydaje wnioski i ogólnie otwiera oczy na to co ładujemy w nasze dzieci. Dział 'Analizy' jej bloga jest (a przynajmniej powinien być) must have-em każdego rodzica i rodzica przyszłego też. Czarno na białym, co jest fe, co jest dobre, i wniosek (kurka, a miały być tylko trzy) czwarty sam się nasuwa: nie zawsze to co dużo kosztuje jest tak dobre, jak wskazywałaby na to cena.

Dzięki sroczemu blogowi zdecydowałam się na rossmanowskie kosmetyki z serii Babydream. Moja oliwka dla mam z tej serii sprawdza się genialnie, Sroka chwali, więc nie widziałam powodów dlaczego by ich nie przetestować. Zwłaszcza że w porównaniu z osławioną horrendalnie drogą Mustelą są tanie jak barszcz, a składy mają o niebo lepsze. Jak się nie sprawdzą przerzucimy się na inne (ale też przez Srokę rekomendowane, Johnson's&Johnson's i Nivei mówimy stanowcze nie, sorry Winnetou!)

Poza tym wydawało mi się to podejrzane żeby kupować i balsam i oliwkę i emolient i szampon i płyn do mycia i mydełko. Po co tyle? Po konsultacjach z doświadczoną mamą A.B.-B. (dzięki Kochana za te elaboraty parostronicowe w Wordzie dlaczego tych wszystkich badziewi wbrew temu co twierdzi smykowa lista wyprawkowa nie potrzebuję) i genialnym poście wychwalanej pod niebiosa dziś przeze mnie (i wychwalać będę ile wlezie) Sroki o kosmetycznej wyprawce dla niemowlaka (do poczytania tutaj) oto nasze nabytki:


1 + 2. Chusteczki nawilżane (różnią się jedynie tym, czy mają zapach czy nie - więcej o nich tu). 
Te akurat wypadły dość słabo w sroczynym rankingu, na wizażu mają opinie mega różne, albo że cudowne albo że do dupy, ale nie w tym dosłownym sensie w którym do dupy w rzeczy samej być mają. Zużyć zużyjemy, kupiłam bo byłam w Rossmanie i bo były w promocji (mówiłam już że jestem niezwykle łatwą ofiarą marketingowców?) a jak się nie sprawdzą to kupimy inne ze sroczynych rekomendacji.
3.  Oliwka (więcej tu)
No dobra, poniosło mnie. Niezbędne minimum pielęgnacyjne to to nie jest, ale kocham moją mamową tak bardzo, że ta też jakimś cudem wylądowała w koszyku. Jak będzie mieć suchą skórę to będziemy wlewać odrobinę do wanienkowej wody, jak bardzo suchą skórę to używać tak jak oliwki używać przystało, a jak okaże się w ogóle zbędna to z chęcią wypaplam i ja.
4. Szampono-żel do mycia, który w dodatku ma pompkę, a fanką pompki jestem wielką (szczegóły tu - o kosmetyku, nie o moim byciu fanką pompek)
Srocza recenzja sprawdzona, a Młodą w czymś myć trzeba. Nie potrzebuję osobnych produktów do włosów (i może jeszcze odżywka, co?) i do ciała, nie mówiąc już o różnych konsystencjach i opakowaniach (że niby mydło w kamieniu, i w żelu, i z pomką i bez pompki?). Ta butelka powinna nam załatwić sprawę.
5. Krem do pupy (więcej tu)
Krem do pupy warto ponoć mieć. Początkowo planowałam Sudocrem, ale skonsultowawszy sprawę z A.B.-B. dowiedziałam się że jest jednak bardzo mocny i może warto pomyśleć o czym innym. Skończyło się na rossmanowskim, który ma świetne recenzje, więc mam nadzieję że i u nas się sprawdzi.
6. Oliwka dla mamy, zapasik (pisałam o niej tu, a wizaż pisze o niej tu)
Jako że była w promocji (9,90PLN, taniocha) przy okazji millusinych zakupów machnęłam i moje. Mimo tego że mam jeszcze dwie butelki zapasu w łazience, ten produkt chyba nigdy mi się nie znudzi i będę używać dopóki go nie wycofają albo nie wycofam się ja (z życia, w sensie, ale zostawmy martyrologię w spokoju na jakiś czas). Amen.
7. Patyczki do uszu specjalnie poszerzane dla dzieci
Kontrowersyjny zakup, jako że do patyczków do uszu sympatią wybitną nie pałam, bo zawsze udaje mi się zrobić sobie nimi krzywdę, więc tym bardziej waham się czy w ogóle odważę się eksperymentować z nimi na mojej córce. A.B.-B. mówi że się takie specjalne przydają. Wydatek to groszowy, a najwyżej Towarzysz Mąż zużyje do czyszczenia swojego elektronicznego nieśmierdziela, czytaj papierosa. 
8. Płatki bawełniane dla dzieci
Też kupione za radą A.B.-B. - ja niedoświadczona uznałam, że przecież takie demakijażowe płatki też się chyba nadadzą, ale ponoć te dzieciowe się tak nie kudłacą, nie zostawiają włosów wszędzie i ogólnie lepsze we wszelkich dziecięco-pielęgnacyjnych kwestiach są. Przemywanie oczek solą fizjologiczną (której nota bene jeszcze nie mam) czy pielęgnacja tego pępuszkowego wystającego czegoś (czym mam nadzieję zajmie się Towarzysz Mąż gdyż ja jestem szalenie obrzydliwa i sama myśl o tym trochę mnie przeraża) to tylko niektóre z potencjalnych płatkowych zastosowań.

I już, finito, koniec listy.

Planujemy w aptece dokupić jeszcze Linomag A+E (ten) i maść na brodawki dla mnie z flos-leku (chyba że uda mi się dostać rossmanową, ale nie widziałam ostatnio, i chyba że okaże się nie być potrzebna bo nie będę mogła karmić, ale jako że karmienie jest ponoć w głowie nastawiam się że karmić będę) i wsio.

I tym sposobem kolejny mały kroczek przygotowań do przodu poczyniony.

Och, gdybyście wiedziały jaka duma mnie rozpiera!

A może czegoś jeszcze mi brakuje? Poleciłybyście coś?

Ściskamy,
z&m






Tuesday, 4 February 2014

W32 Doktorkowo

No i wyszło szydło z worka.

Że szybko się męczę. Że mam pregnancy brain i znajduję telefon w lodówce. Że zaplanowanie lekcji zajmuje mi trzy razy tyle czasu co zwykle. Blada jestem jak ściana i głowa mi się kręci.

Zwalałam wszystko na ciążę, a to tylko częściowo prawda. Żelaza mi brakuje, żelaza!

Norma 50-170, a ja mam 30.

Ginekolożka zaleciła suplementację, recepta jest, więc kolejna piguła do kwasu foliowego i magnezu. Jasny gwint, żarłoczne to moje dziecię.

Ostatnio była mała i gruba (o tym tu), teraz jest mała i chuda - główkę ma w porzo, ale nogi i brzuch chude, USG myśli że mam termin na 9 kwietnia, a doktórka myśli że ona po prostu jest mała, no bo po kim ma być duża. Ja też byłam mała, i to bardzo, mojej mamie też dali termin na kwiecień a urodziłam się na początku marca, więc różnie to jest. Szczerze mówiąc jest mi wszystko jedno kiedy ona się urodzi, byle by była cała i zdrowa. Proste.

Poza tym minki robiła na USG przednie, ziewała, wystawiała język i ogólnie była bardzo pocieszna, ginekolożka mówiła że jest cudna, a ja pękałam z dumy. Towarzysz Mąż też.

Waży 1600g, czyli ciągle jest malutka. Ja ważę o 7,5 kilo więcej niż przed ciążą, więc też do przejścia.

Z moimi zgagami niestety mało się da zrobić. Od dwóch dni jest lepiej, odpukać, i oby tak zostało. Mam tego pilnować, monitorować, i w razie co w następnych badaniach zbadać potas, sód i diastazę (tak, o tym ostatnim też w życiu nie słyszałam aż do dzisiaj). I tyle.

Z wiadomości takich-sobie Młoda ułożona jest główką w górę (całą ciążę była jak należy, to oczywiście kiedy powinna już być główką w dół nie jest, standard w moim przypadku) więc jak się nie odwróci to trzeba ją będzie zcesarkować (i tu mój cudowny hipnotyczno-wodno-wertykalno-pozycyjny poród idzie... no, wiadomo gdzie. W diabły idzie!). Ale biorąc pod uwagę że jednak jest ciągle mała i ma ciągle miejsce i wieczorami szaleje w brzuchu może się jeszcze odwróci.... Taką mam nadzieję!

Ale poza tym wygląda na to że wszystko jest ok, więc nie martwię się na zapas. O tyle jest łatwo że pogoda ciągle wiosenna, 11 stopni na plusie, bezchmurne błękitne niebo, chce się żyć i łatwiej się optymistycznie nastrajać.

Ściskamy,

Przebadane, z&m


Poniżej:

Milly wyglądająca trochę jak kosmita. Dla tych którzy tak jak ja nie widzą na USG kompletnie nic legenda jeszcze bardziej poniżej. 







Monday, 3 February 2014

W32 Nordic walking w ciąży

Zaczęło się niewinnie.

Jak każdy matka-to-be, która nie pracuje, choć jednak pracuje, ale jednak z domu i przed komputerem, siedziałam sobie niewinnie na fejsbuku i sprawdzałam co też się dzieje u moich bliższych i dalszych znajomych: kto w ciąży, kto ślubuje, kto podróżuje, kto wkleja memy, kto obija się w pracy, a kto poza fejsbukiem nie ma życia. Taki tam, standardzik codzienny, Ci co mają fejsbuka to wiedzą o czym mówię a Ci co nie mają to nie wierzę, że istnieją.

Na fejsbuku jedna z moich koleżanek pracowych sprzed lat, B., umieściła taki oto wpis:



[zdjęcie z fejsbukowej strony B., która umieściła je tam bo było na fejsbukowej stronie o nazwie Nordic Walking]

I myślę sobie, z bieganiem trochę kiszka, brzuch już trochę zawadza i ciągnie, pogoda jak ta lala, czemu by nie spróbować. Przeczytałam o dobrodziejstwach nordic walking w ciąży (tu), napisałam do B., B. miała dzisiaj wolne (bo pracuje nieregularnie, a że pracowała cały weekend to wolne jej się należało, nie ma co), pogoda, o czym już wspomniałam, piękna (piętnaście stopni na plusie! Śnieg stopniał! Wiosna moi Państwo, wiosna! 3 lutego!), więc długo nie debatowałyśmy, koleżanka B. na nordic walkingu się zna, ba, nawet dodatkową parę kijków ma, więc zapadła szybka decyzja, że idziemy.

Zebrałyśmy się i poszłyśmy. Ja to super nordic-walkingowa dziewica, nigdy tego nie robiłam, zwykle wyglądało mi to dość nudno i starszo-paniowo i wolałam biegać. I jakież było moje zdziwienie jak okazało się, że to nie jest takie proste na jakie wygląda. To znaczy ok, może jest i proste, jeśli robi się to źle, jak dużo właśnie starszych pań, które sobie chodzą odpychając się kijkami dumnie twierdząc że uprawiają nordic walking. A tu dupa. Ja nawet gdybym chciała była się trochę poobijać pod czujnym okiem B. nie miałam szans. Kijek pod takim a takim kątem, tyłek spięty, ręce tak a tak, tu źle, tu niedobrze, o teraz lepiej, nie odpuszczaj, podkręcamy tempo... Jedynie wciąganie brzucha mi odpuściła.

Po 6 kilometrach czułam się jak po przebiegnięciu co najmniej dziesięciu. Z zadyszką i bólem mięśni chyba wszystkich możliwych. Z naciskiem na ramiona, plecy, i cztery litery. Nogi też, ale mniej, a może tak samo jak przy bieganiu, a wydawało mi się że mniej, bo bolało mnie wszystko inne też. Słońce cudowne, towarzystwo w porzo (mimo całego mnie ustawiania do pionu non-stop), endorfinki śmigają, mięśnie pracują, jest cudnie.

Wciągnęło mnie.

W czwartek lub piątek idziemy znowu. 

Także tym którzy nie znają polecam, alternatywa dla kontuzjowanych i niemogących biegać (jeśli ktoś lubi biegać jasna rzecz) fajna, dobry sport na świeżym powietrzu i ogólnie och i ach. Choć zdecydowanie polecam zabrać ze sobą kogoś, kto się na tym zna. Dla mnie B. była nieoceniona. Ale B. mówi że równie dobry jest YouTube.

Pozdrawiamy dotlenione wiosennie (w lutym!)
z&m




Wybaczcie mój brak makijażu i podwójny podbródek - no bywa, no życie, no! A nie jestem Natalią Siwiec żeby na każdym zdjęciu wyglądać nieskazitelnie, trudno :)

Sunday, 2 February 2014

W32 Bryka czyli dotarł wózek!

Wózek dotarł już w piątek, ale w całym zalataniu i samopoczuciu tak-zwanym-se został w piwnicy na całe dwa dni.

Dziś go złożyliśmy (Towarzysz Mąż), testowaliśmy (oboje, choć ja bardziej), próbowaliśmy nie zepsuć (ja, nawet z sukcesem), rozkminialiśmy instrukcję obrazkową (oboje, choć ja miałam więcej rozkminiania, a Towarzysz Mąż, jak to facet, nie potrzebował za dużo rozkminiać tylko po prostu składał i rozkładał bez konieczności czytania tudzież oglądania co i gdzie trzeba nacisnąć), jeździliśmy po domu (jaaaa!), robiliśmy zdjęcia (ja!), graliśmy w PlayStation (Towarzysz Mąż. Tak, wiem że to nie ma nic wspólnego z  wózkiem, ale działo się w tym samym czasie) i czuliśmy się jak małe dziewczynki z nową zabawką (OK, przyznaję, ja. Towarzysz Mąż stwierdził że to zdecydowanie zabawka dla dużych dziewczynek. Ja z kolei stwierdziłam że nie jestem AŻ TAK duża i się obraziłam. Baba w ciąży, nie ma lekko, i trzeba się liczyć ze słowami).

Suma sumarum - wózek jest. Co prawda jeszcze dziś wróci do naszej piwnicznej kanciapki, bo wedle angielskiego zabobonu nie można mieć w domu wózka przed dzieckiem (choć i moja babcia ten zabobon zna, ale mama już nie - ciekawe...) więc szykuje mu się wyjazd do piwnicy, ale niczego mu nie brakuje, wszystkie części ma, i ciągle mega mi się podoba. Czy się sprawdzi w praktyce zobaczymy kiedy Milly się urodzi, póki co mogę się tylko zachwycać, że ładny i że wydaje się być dobrze wykonany i że kosztował ułamek ceny bugaboo.

A oto i nasz bohater dnia, Bebetto Luca!

Gondola:
[Towarzysz Mąż grający na Play Station w tle gratis]





Spacerówka:
[bez budy, z budą rozłożoną w dwóch pozycjach, ze śpiworkiem i bez]








Fotelik samochodowy:
[czyli moje ulubione kombo, i słynny miś w ramach braku dzidziusia]






Z wózkiem przyszła też torba, moskitiera, folia przeciwdeszczowa, uchwyt na kubek na kawę przypinany do wózka, okrycie na nóżki do gondoli, śpiworek do spacerówki, kosz na zakupy i pokrowce na koła. Kupiliśmy też adaptery coby fotelik samochodowy mocować w wózkowym stelażu. 

Praktyki mi jeszcze z tym ustrojstwem trzeba, póki prawdziwej, żywej i nomen-omen brykającej M. nie ma w środku, ale wydaje się to wszystko do ogarnięcia.

No i nowa bryka, po 12 latach użytkowania starej, nawet jeśli z ograniczeniem pasażerskim dość mocnym, jednak cieszy. 

Jeeeee!!!!

z&m

Saturday, 1 February 2014

W32 The Midwives

Wielki powrót koleżanki zgagi. Z rzyganiem włącznie (a tak było pięknie przez dwa dni). Nie wiem już co robić. Czy jechać w panice do szpitala czy pić rumianek i wodę małymi łyczkami i jakoś dokulać do wtorku, kiedy mam wizytę zaplanowaną. Nie wiem.

Towarzysz Mąż mówi żeby nie panikować. 

W ramach niepanikowania zadzwoniłam do mojego lekarza rodzinnego/gastrologa/taty przyjaciółki M (trzy w jednym!), który mnie uspokoił. Mogę czekać do wtorku. I współczuje mi, bo pewnie się męczę. No męczę, ale co zrobić. Cieszę się że żadne emergency wizyty w szpitalu nie są konieczne. A to nie tak prosto zdecydować jak się nigdy w ciąży nie było i się nie wie. Wszystko co czytam w internecie (jak ludzie żyli bez internetu, ja się pytam?!) twierdzi że wymioty w trzecim trymestrze są w porzo, o ile nie zdarzają się za często. A moje się zdarzają około 6-7 razy dziennie, więc raczej często. W poniedziałek idę zrobić badania, więc też mi się może coś rozjaśni. Nie panikuję, nie panikuję.

A między rzygami oglądam telewizję. Jako że termin porodu trochę spędza mi sen z powiek, o czym już pisałam wielokrotnie, postanowiłam się uodpornić i zapodać sobie dzień z horrorami, aka 'The Midwives'.

'The Midwives' to wyprodukowany przez BBC program o położnych. Trochę reportażowy, trochę reality-showowy, pewnie świetnie Wam znany i ja jestem ostatnią osobą w sieci która go odkryła (wpisując słowo 'poród' w wyszukiwarkę tvn playera), ale w razie gdybym nie była tą ostatnią jakimś cudem to może się ode mnie o nim dowiecie.

Choć w sumie nie wiem czy polecam.

Mnie osobiście ogląda się fantastycznie. Choć wybucham płaczem średnio cztery razy na odcinek (a odcinków, godzinnych, obejrzałam pięć). A płaczę z powodów bardzo różnych: wzruszam się przy każdym urodzonym dziecku, więc płaczę, martwię się komplikacjami niektórcyh pacjentek, więc płaczę (a później płaczę jak wszystko się dobrze kończy) a najbardziej płaczę na scenach typu: 'To Holly. Rodzi od 36 godzin. Nie ma jeszcze pełnego rozwarcia'. 36 godzin!?!?!?!?!?  Że co??????

Ja wiem że porody bywają długie i męczące, ale jednak co innego to wiedzieć, a co innego widzieć, a pewnie jeszcze co innego doświadczać. Uspokajająco ten program nie działa (słowa 'boję się' a raczej 'boooooję się' ze łzami w oczach padają z moich ust na tyle często że Towarzysz Mąż już doskonale wie co to znaczy i ma nowy zwrot po polsku który umie), ale, kurka blada, wciąga. I przekaz jest jednak optymistyczny. Większość porodów kończy się dobrze i jakoś chyba oswaja ten program z okołoszpitalnymi fizjologicznymi nieprzyjemnościami.

Choć pozycji do porodu na łóżku niczym z amerykańskich szpitali bohaterkom serii nie zazdroszczę. I mam nadzieję że uda mi się ją ominąć. Ale przecież mam czas, mam czas, nie mam co panikować. Choć kiedy myślę, że już luty, to panika ogarnia mnie lekka. Grunt, że lekka.

Damy radę,  (chyba)
z&m

PS. Odcinki 'The Midwives' znaldziecie na TVN playerze (tu) - choć z góry mówię że w porywach dostępne są dwa - i na YouTube (tu). Po głębszym zastanowieniu chyba jednak polecam:)