Monday, 16 February 2015

M11 Berlin z niemowlakiem vol 1

Nie usiedzimy w miejscu. Już myślałam że właśnie przeżyłam najnudniejsze ferie w swoim życiu pozbawione kompletnie wszelkich wyjazdów aż to spontanicznie zostaliśmy zaproszeni do Berlina. A zasada numer jeden kiedy masz niemowlę w domu i zapraszają Cię mimo niemowlęcia do Berlina brzmi: jedź!

Mimo tego że z bólem serca opuściłam pewną okrągłą sobotnią imprezę i przez najbliższe dwa tygodnie zapowiada mi się pracowo-kursowy permenentny niedoczas - warto było. W końcu to tylko pięć godzin drogi od Katowic, a kolejna europejska stolica w której ostatnio byłam dziesięć lat temu a Towarzysz Mąż wcale była dla nas szalenie interesująca. A podróże z niemowlakiem... Cóż, są super. Trzeba bardziej mierzyć siły na zamiary, na wszystko przeznaczyć więcej (znacznie więcej!) czasu niż na zwiedzanie bez niemowlaka... Ale da się. Wszystko się da!

O naszym zwiedzaniu, szczegółach technicznych i wyjazdowym rozkładzie dnia będzie w kolejnej części a dziś zostawię Was ze zdjęciami (jak nie ja!) Poznajecie? Byliście? Lubicie?

Ściskamy,
z&m



 







Thursday, 12 February 2015

M11 Dwa centymetry sześcienne pączka

Uwaga, będzie kontrowersja!

I żeby nie było że nie ostrzegałam! Rekord pączkowy oficjalnie pobity, zjadłam pięć i obyło się bez zgag i dalszych kiepskich następstw które towarzyszyły mi zeszłorocznie (o tym tu). Wybrałam się do kawiarni, bo jak grzeszyć ciastowo-kawowo, to tylko w kawiarni. Albo u Matki Polki, ale dziś padło na kawiarnię. Co więcej, do tłustoczwartkowego kawiarnianego świętowania zaprosiłam Mill, choć wcale nie planowałam karmić jej pączkami.

Ale kawałek pączka mi ukradła. Około 2 centymetrów sześciennych. I mimo tego że w moim mniemaniu jest na pączki jeszcze zdecydowanie za mała to nie zrobiłam z tego tragedii. Nie rzuciłam się w obronie przed cukrem, żółtkami, drożdżami, mąką i mlekiem. Mill oblizała się ze smakiem i zajęła na powrót swoją zabawką. Ja dopiłam jeszcze ciepłą kawę i dokończyłam napoczętego pączka. Tego, którego raczyło skosztować moje dziecko. Nie zadręczam się, że zjadła coś tak niezdrowego, kalorycznego, smażonego i niemowlęco-niewskazanego.


Weźmy pierwszą z brzegu kaszkę dla niemowląt. Taką wszystkim znaną jakąś, Nestlé na przykład, z malinami:

  • mąka ryżowa 82%
  • cukier
  • malina 0,8%
  • aromat
  • węglan wapnia
  • maltodekstryna
  • skrobia kukurydziana
  • witaminy (C, E, niacyna, D3, A, B1, B6, kwas foliowy)
  • fumaran żelazawy
  • siarczan cynku
  • kultury bakterii Bifidobacterium lactis

I co ja widzę? Cukier na drugim miejscu w składzie?  Maltodekstryna - czyli kolejne cukry proste przyswajalne równie szybko jak glukoza? Aromat? A malin ile, osiem procent tylko? A nie, przepraszam, zero osiem! I to jest dla niemowląt od czwartego miesiąca życia? Que?!

A, kolejna część żartu. To wszystko na stronie producenta o szumnej nazwie: zdrowystartwprzyszlosc.pl

Mill tego nie je. Kaszki je, owszem. Nawet mannę, nawet błyskawiczną (oczywiście obok jaglanej, gryczanej, quinoi i naszego ostatniego hitu - pęczaku) - ale bez cukrów i polepszaczy, bez aromatów, węglanów wapnia (tak tak, to chemiczny dodatek spożywczy o złowrogo brzmiącym symbolu E170, czym oczywiście nie chwali się Nestlé) i innych rzeczy których nie uważam za odpowiednie dla małych jelitek. Je dania i zupy moje albo Matki Polki, owoce, warzywa (wszystkie praktycznie, z brukselką włącznie), mięso i ryby (uwielbia), zdarza jej się pieczywo i grassini i obiadki ze słoiczków też wyjazdowo (choć raczej zwykła nimi pluć). Ponadto pije tylko moje mleko i wodę. Uważam jej dietę za zdrową i zbilansowaną, gdybym ja się stuprocentowo odżywiała tak jak ona to miałabym figurę Claudii Schiffer, ale nie mam bo poza zdrową bazą jem zdecydowanie za dużo pieczywa, makaronów i czekolady (po nocach!) i przyznaję się bez bicia choć plany by to zmienić są i może się nawet bardzo wkrótce uskutecznią. Ale to nie o mnie jest ten post.

Mill nie je natomiast parówek, bakusiów, danonków, flipsów, biszkoptów dla niemowląt bądź całych kawałków szarlotki tak słodkiej że ja nie jestem w stanie jej podołać (i tak, to przykłady z obserwacji).

I czy ktoś naprawdę myśli, że te dwa centymetry sześcienne pączka zjedzonego raz w roku ze smakiem naprawdę zmienią jej życie? Że ja, wyrodna matka, na takie ekscesy pozwalam, i co ja sobie wyobrażam, że przecież ona dlatego taka gruba że pączki je (!!!!). Że jak tak można, że to skrajnie nieodpowiedzialne, że cukier biały, że SMAŻONE! (dodam tylko że pączki ze sprawdzonej, rodzinnej piekarni, gdzie ręczę za składniki świetnej jakości i brak polepszaczy i innych ustrojstw które Real dodaje do pączków żeby im wyszło 10 sztuk za 5 złotych).

Że nie upiekłam jej beztłuszczowej i bezcukrowej wersji odpowiedniej dla niemowląt, no jak ja śmiem!

Kurczę no, śmiem. Nie po to jem pączki raz do roku żeby jeść wersje beztłuszczowe i bezcukrowe. I to jeszcze w tłusty czwartek. Nie, nie uważam żeby Mill musiała to jeść ze mną, przeciwnie, nawet gdyby urządziła awanturę o większy kawałek niż zjadła to pewnie by go nie dostała. Bo to ja decyduję. W chwili kiedy zwinęła mi fragment pączka zdecydowałam nie robić histerii. W końcu ja go jadłam, na jej oczach. Mea culpa.

Ale nie do końca. Nie czuję się winna, choć, szczególnie w wirtualnej i pełnej anonimowego hejtu blogosferze, to może nie uchodzi. Świat się nie zawalił. Mill nie ma problemów z żołądkiem. Na obiad wcięła kaszkę z domowym pesto, na podwieczorek pokrojonego w plasterki banana a na kolację łososia z koperkiem i kalafiorem od Matki Polki.

Serio, pączek (i to w takiej szalonej ilości!) robi aż taką różnicę?


A jak u Was? Obchodzicie tłusty czwartek? Z umiarem? Bez? A może pączki to w ogóle nie Wasza bajka i nie wiecie o co kaman?

Ściskamy,
Z&M


 


Tuesday, 10 February 2015

M11 Lovi 360' - Kubek niekapek?

Moje dziecko nie lubi pić.

I oby jej tak zostało, do osiemnastki przynajmniej, albo i dłużej. Przynajmniej w kwestii alkoholowej, poza tym pić mogłaby lubić bardziej. Teraz rzecz jasna mówiąc że nie lubi pić nie mam na myśli alkoholu tylko cokolwiek, co nie jest mlekiem mamy prosto z dystrybutora.

Butelka nie (chyba że cudza, przy ostatniej wizyty Olgi z ID bez problemów wygrzebała z Olgowej torby nieopatrznie pozostawionej na ziemi Polkową butelkę z wodą się do niej dossała, swoją - każdą - gardzi), niekapek z miękkim ustnikiem nie, niekapek ze sztywnym ustnikiem nie, doidy cup (o którym chyba też napiszę więcej) może i tak, ewentualnie, aczkolwiek korzystanie z niego wiążę się z koniecznością przebrania absolutnie wszystkich ciuchów Mill a przy okazji prawie zawsze i moich wszak wszystko, ale to wszystko jest oblane). Mój kubek wchodzi w grę, ale nadzór szczególny zawsze konieczny, podobnie jak przy doidy.

Szalenie się ucieszyłam więc kiedy zasypująca nas swoją drogą prezentami jak wariatka ABB przyniosła Mill niedawno Lovi 360' o którym bardzo dużo wcześniej słyszałam.

Co to za ustrojstwo?

Producent twierdzi co następuje:

Kubek LOVI 360°ułatwia przechodzenie od ssania płynu z kubka treningowego i kubka niekapka do picia ze szklanki. Dzięki innowacyjnemu systemowi uszczelniania przyzwyczaja dziecko do naturalnego sposobu picia (jak z otwartego kubka), ale bez rozlewania. Posiada opatentowaną ochronę przed bakteriami.

Dostępny w trzech rozmiarach odpowiednich dla wieku o różnych pojemnościach (9+: 210 ml, 12+: 250ml, 18+: 350ml) i wygląda tak oto (więcej wersji kolorystycznych na stronie producenta):

 zdjęcie z lovi.pl


 Mill stała się szczęśliwą (a jednak!) posiadaczką wersji najmniejszej. I... podobnie jak wszystkie inne rzeczy do picia z - kompletnie go nie skumała, nie polubiła i nie chciała z niego początkowo pić.

Świetnie go trzymała, super potrząsała, ale to wszystko. Po paru dniach oswajania się z kubkiem doszłam do wniosku że pora na trening. Siedziałam obok niej i kiedy przechylała kubek żeby się z niego napić robiłam ustami ruchy ssące (bez względu na to jak dziwnie i komicznie to brzmi) żeby automatycznie Mill też zaczęła tak pić... I chwyciło! Trening ciągle w toku (ABB też tak z nią 'piła' ostatnio) ale jest coraz lepiej. Pije coraz chętniej i widzę światełko w tunelu. A światełko widzieć muszę, bo mimo tego że wciąż ją karmię i nie przestaję już i natychmiast dziewczynka moja jest coraz starsza i chciałabym jednak czasem wychodzić bez niej, a wiadomo że cycka jej na wynos nie zostawię, nie ma opcji, a pić musi. To znaczy - wiadomo, chodzę do pracy, mam warszawski kurs - parę godzin jest beze mnie i daje radę, choć do picia się nie garnie szalenie. A jak zacznie będzie mi łatwiej, zwłaszcza latem. Nie ustaję więc w treningach, Mill ogarnia coraz bardziej. 

A co myślę o kubku samym w sobie?


1. Estetyka


Jak dla mnie zwykła i bez szału. Nowa kolekcja retro jest piękna i jeśli postępy kubkowe będą się pogłębiać jeszcze bardziej jeden z nich na pewno znajdzie się na naszej roczkowej łiszliście.




  zdjęcie z lovi.pl

 

2. Funkcjonalność


Częściową prawdą jest co twierdzi producent - że kubek ułatwia picie jak ze zwykłego kubka. Moje dziecko przynajmniej uważa go za bardziej atrakcyjny od kubków z dzióbkiem. Rączki do trzymania są super, fajnie leżą w małych łapkach. Dodatkowo uszczelkę można kupić osobno i wymienić jeśli oryginalna się uszkodzi lub zużyje, bez potrzeby wymiany całego kubka, jeśli ten jest jeszcze całkiem na chodzie. Dobre rozwiązanie i bardzo eko. Ponadto kubek szczyci się posiadaniem specjalnej powłoki wykorzystującej naturalne, antybakteryjne właściwości srebra i pozwalającej na zredukowanie populacji bakterii, aż do 99,99% w ciągu 24 godzin - nie wiem co prawda jakich bakterii i skąd je usuwa i w ciągu 24 godzin od zrobienia czego, natomiast informacja o mniejszej ilości bakterii zawsze w cenie (choć konkretniejsza jakość tej informacji była by niewątpliwie w cenie jeszcze bardziej). Mam jeszcze kolejne dwa 'ale' jednak:

1) Pogłoski o piciu 'bez rozlewania' są mocno przesadzone. Jeśli nasze dziecko należy do wybitnie statycznych i w zwyczaju ma delikatnie przechylać/odwracać kubeczek to może i się nic nie rozleje. Szczerze natomiast wątpię w to, żeby dziecko było aż tak statyczne. Przy energicznym potrząsaniu (które przy dziecku w wieku Mill wydaje mi się opcją standardową, jednak) tudzież rzucaniu z impetem w poziomie (na macie) bądź pionie (z krzesełka do karmienia) - wylewa się i to niemało. Może nie cała zawartość, tak jak z normalnego kubka, ale jednak więcej niż spodziewalibyśmy się po kubku okraszonym etykietami innowacyjnej uszczelki. Producent co prawda twierdzi, że to może się zdarzać, ba, że jest tak celowo (!) - 'Łatwy do umycia, umożliwia picie bez rozlewania, ale celowo nie jest niekapkiem (przy silnym potrząśnięciu lub upadku wydobywają się krople płynu)' - ale szczerze mówiąc, przynajmniej w tej opcji dla dziewięciomiesięczniaka, wolałabym żeby się jednak nie rozlewało - po prostu.
2) Nie można go myć w zmywarce. Wiem że dla wielu z Was to pewnie nie problem, natomiast dla takiego maniaka mycia w zmywarce jak ja to cecha, której nie lubię. Mimo tego że to kubeczek na wodę i nie wymaga nie-wiaodomo-jakiego szorowania, to dla mnie to i tak minus.

Czy polecam? Polecam, bo Mill lubi go bardziej od innych wododajnych naczyń i mam nadzieję, że w końcu się do niego całkiem przekona. Nie liczyłabym jednak na cud i to że rzucą się na niego niemowlęta Wasze jak szczerbaci na suchary i ogarną system picia natychmiastowo. Choć ponoć istnieją genialne niemowlęta, które ogarniają. Jedno nawet znam, ale nie jest nim moje własne, i z Waszych komentarzy pod poprzednim postem wynika że to moje (niemowlę, w sensie) wcale nie jest unikatowe pod tym względem.

A jak Wasze doświadczenia? Macie ten kubek? Lubicie i polecacie czy jak dla Was kit?



Sunday, 8 February 2015

M11 Warszawa, opieka niemamy i jak się bawić z nieswoim dzieckiem

Towarzysz Mąż w Zakopanem. Ja muszę zasuwać na mój warszawski kurs (który, swoją drogą, nie idzie mi za dobrze. Co jest wielkim kopem w moje rozbujałe nauczycielskie ego i przyzwyczajona do wszelkich pochwał, ponadstandardowych ocen i najwyższych możliwych ocen ze wszystkich innych nauczycielskich kursów znoszę to nader źle) więc opcja (nie za) prosta: trzeba znaleźć opiekę do dziecka.

Szybki szpil, mama chrzestna Mill, jeden telefon, mimo dwójki dzieci własnych na stanie zgadza się od razu. Ave!

Mill nigdy nie została z nikim poza najbliższymi (Matką Polką/Dzidkiem/Babcią Pra) samopas i nie wiem jak to będzie. No ale jak ma być. ABB wie co robi, w końcu ma dwójkę swoich dzieci, i mimo tego że jak podkreśla Babcia-Pra każde dziecko jest inne (co wiemy, bo i dzieci ABB są kompletnie różne) to jak ktoś ma swoje dzieci to generalnie jest w stanie ogarniać dzieci lepiej niż osoba która dzieci nie ma (ok - może to nie jest złota reguła, ale z autopsji wiem, że teraz zdecydowanie mniej boję się zostać z cudzym dzieckiem, choć zdarzyło mi się to tylko raz, niż zanim miałam swoje dzieci, że już nie wspomnę o tym że percepcja bardzo się zmienia, o czym pisałam w Macierzyństwie fast forward - teraz byłby chyba lajcik, ale znów dygresja mi wyszła na sześć linijek więc ad rem), jestem pewna że ogarnie.

Łapiemy pociąg dowarszawski, Mill zafascynowana wszystkim dookoła, nie śpi. Ledwo wkładam ją do Tuli żeby wytarabanić się z pociągu - usypia. Klasyk.

Doczłapujemy tak ze śpiącą Mill do hotelu, wyciągamy (ciągle śpiącą) z Tuli, karmię ją szybciorem i lecę. W międzyczasie ona się budzi. Spoko. Kiedy wychodzę uśmiechnięta od ucha od ucha układa na dywanie klocki z ABB. W sensie z ABB te klocki układa, a nie że dywan jest z ABB, bo to by było podejrzane. Wychodzę i nie wiem co się dzieje. Wróć, wiem, z relacji. Moje dziecko dostaje przyspieszenia godnego Harleya w kierunku drzwi i ryczy.

Brzmi znajomo?

Szczęśliwie szybko znów usypia, budzi się w humorze, nie ma mnie, ale to nic, bo jest ABB. Co robi się zniecoponaddziesięciomiesięcznym niemowlakiem powierzonym do opieki na prawie 5 godzin? Karmi się obiadkiem (cośtam z łososiem ze słoika, w ramach wyjazdu. Nie zjadła za dużo, ale obyło się bez plucia), bawi się klockami z Lidla (bądź innymi dostarczonymi przez mamę niemowlaka), nosi się na rękach bądź w Tuli jeśli opiekun jest Tulolubny (ABB jest), idzie się na spacer jeśli pogoda sprzyja (ABB nie sprzyjała), usypia się jeśli za długo wcześniej niemowlę nie spało, bawi się w kosi-kosi łapki i inne podobne, odciąga się od kontaktów, robi się zdjęcia na bloga mamy (o ile mama ma bloga), śpiewa się/puszcza się z telefonu 'Jesteśmy Jagódki' względnie dowolny utwór Kultu (te dwa zdaje się lubić Mill, preferencje mogą zależeć od modelu niemowlaka i rodziców/opiekunów niemowlaka) i uczy się niemowlę tańczyć, zmienia się pampersy, pozwala się bawić wytartym uprzednio mokrymi chusteczkami pilotem od hotelowego telewizora... No opcji jest multum. Ponoć nie było tak źle. Wierzę na słowo bo co mam nie wierzyć. I wdzięczna jestem bardzo zwłaszcza że następnego dnia ABB i Mill miały powtórkę  z rozrywki.

Jeśli mama przy okazji tej powtórki jest zajęta i może się pojawić z doskoku na 5 minut po to żeby znów zniknąć na kolejne pół godziny - cóż, sobie polecam się więcej w takich okolicznościach nie pojawiać, wszak widok mamy to super uśmiech i radocha, a mama znikająca... Cóż... ryk, no. A wszyscy wolimy dzieci nieryczące, umówmy się.

Poza tym biję pokłony dla ABB. Sukces pełen. Uroczyście blogowo i na piśmie obiecuję nie nadużywać tegoż sukcesu.

I w gratisie sprzedaję Wam hasło wyjazdu. Autorem jest Tymo, mój siedmioletni chrześniak.

T, dzwoni do ABB: Mamoooo, i jak, radzisz sobie? Bo wiesz, Ty dawno nie miałaś małego dzidziusia!

A Wy jak? Zostawiacie swoje dzieci pod opieką innych? I jak im idzie?

Ściskamy już domowo,
z&m





Thursday, 5 February 2015

M11 Człowiek środka

Dużo ostatnio czytam. W ramach niedoczasu, oczywiście. Chwile, kiedy karmię, a Mill śpi (tak, je i śpi) nie zawsze poświęcam na wlepianie w nią oczu, zachwyty, wzrusze i metafizyczne karmienio-piersiowe doznania. Zamiast tego często ogarniam maile, korespondencję fejsbukową, bezproduktywnie gram w Bejewelled albo bardziej produktywnie czytam właśnie. W tym blogi. Głównie parentingowe aka rodzicielskie. Różne.

Czytam teksty konkursowo-blogowe (więcej o blogu roku tu), czytam zupełnie pozakonkursowe, czytam polecane przez znajomych, czytam udostępniane na fejsie czy tamteż promowane.

Czytam i gdybam nad moim miejscem w blogosferze. Ostatnio mój ulubiony konstruktywny krytyk (nie, nie Matka Polka!) powiedział mi, że ja się ze wszystkiego tłumaczę. Zastanowiło mnie to.

Bo tak, to prawda, karmię swoje dziecko piersią, ale nie piętnuję matek niekarmiących w ten sposób. Nawet jeśli karmią z prostego powodu - nie chcą.

Noszę dziecko w Tuli - nie w chuście, ale noszę. Ale rozumiem mamy chustowe i rozumiem też te, które uważają, że to nie dla nich i okazują dziecku bliskość w inny sposób.

Kupuję Mill nowe ubranka, choć z reguły z przecen, a nie nowych kolekcji, ale mam też mnóstwo rzeczy w spadku, tak zwanych 'hand-me-downs' i lubię je równie mocno.

Jestem w stanie wydać więcej na rzeczy typu porządny śpiworek do wózka albo mata Skip-Hop, natomiast gryzaki za 90PLN i grzechotki za drugie tyle wydają mi się zdecydowanym przegięciem, choćby nie wiadomo jakiej były jakości. Przy tym rozumiem matki-uber-estetki oszczędzające na wszystkim innym po to, żeby kupić najlepsze możliwie dla dziecka. Ale równie bardzo rozumiem te, które uważają że to wszystko strata pieniędzy, wszak niemowlę równie chętnie bawi się garnkiem/butelką mineralnej/skarpetką (albo wszystkim tym na raz).

Rozumiem mamy, które wracają do pracy po półrocznym macierzyńskim, jak i te, które chcą zostać w domu z dziećmi i tak robią, bo mogą. Gdzie jestem ja? Znów pośrodku - pracuję, ale tylko dwa dni w tygodniu. Mam więc - w moim odczuciu - 'the best of both worlds' jak mawia Towarzysz Mąż. Ale nie uważam że jest to jedyna droga. Pozostałe skrajności mieszczą mi się w głowie.

Gotuję dla Mill, okazjonalnie, zwłaszcza w przypadku wyjazdów - zdarza jej się słoik (którym, o ile nie jest czymś owocowym, zazwyczaj pluje). Ale rozumiem mamy szastające na słoiki bo karmiąc tak mają poczucie że żywią dziecko najlepiej jak mogą. Przy tym rozumiem zupełnie tak samo te, które wszystko gotują same, zawsze świeże, od podstaw i organic.

BLW? Świetnie, przyklaskuję, kibicuję, polecam. Choć równie bardzo rozumiem mamy z mikro-zawałem serca przy każdym kawałku u totalnych maluchów i niechęć do takiego odżywania. U nas jak zwykle złoty środek - i to i to jest uskuteczniane.

Sterylny dom? Zazdroszczę! Mega syf? Przy dziecku - często zrozumiałe. U nas? Różnie. Raz tak raz tak, w zależności od czasu, chęci, energii i nastroju. Gdzieś pośrodku chyba między sterylnością a wysypiskiem.

Odstawienie od piersi? Kumam, jeśli mama uważa, że po pół roku ma dość. Kumam też, że może chcieć karmić do samoodstawienia. Żadnej nie potępiam, każda ma swoje racje, które akceptuję i sama jeszcze nie wiem gdzie jestem. Karmię, na koniec się nie zanosi, ale nie wiem czy będę karmić do samoodstawienia czy w pewnym momencie spróbuję przestać dlatego, że tego chcę ja.

Pieluszki wielorazowe? Nie używam, ale absolutnie popieram i podziwiam. A swoją liczbę pampersów staram się ograniczać, co wychodzi całkiem nieźle, bo ciągle ok. 90% dwójek to nocnik (choroba nam trochę rozregulowała stuprocentową skuteczność, ale chyba w końcu wszystko wraca do normy). Ale jeśli ktoś używa pierdyliarda pampersów dziennie, mimo tego że wiadomo że one się nie rozkładają i śmiecą, tylko dlatego że jest zwyczajnie zmęczony - naprawdę, rozumiem.

Myślę więc o moim miejscu w blogosferze. Żadnych skandali, kontrowersji, misji, nawracania na mój sposób patrzenia na macierzyństwo. Żadnego zawracania kijem Wisły, przekonywania do własnego światopoglądu, poczucia autorytetu i chęci wpływania na styl życia innych. Wolność Tomku w swoim domku.

Choć Tomek aka Kominek pewnie stwierdziłby, że to się nie sprzeda.

Refleksyjne dziś,
z&m




Wednesday, 4 February 2015

Blog roku - co by było gdyby...

Jak wszyscy blogujący i blogi czytający doskonale wiedzą ruszył, jak co roku, pełną parą konkurs na blog roku. Mille me! nie kandyduje. Z kilku powodów - po pierwsze - i chyba najważniejsze - nie czuję się jeszcze na siłach. Blog ewoluuje za kulisami, ale jeszcze nie jest na etapie na którym byłabym z niego zadowolona wystarczająco żeby wysyłać na jakiekolwiek konkursy. Jasne, lubię ten blog, lubię jego ludzkie elementy w stylu jakiejś okazjonalnej literówki albo niewyraźnego zdjęcia. Bo to nie jest blog zdjęciowy, w końcu. Nie jest też czysto tekstowy, bo jednak jakieś zdjęcia są. Nie jest... no właśnie, konkursowy. A jaki jest? Mam nadzieję, że fajny. Że ciepły, śmieszny i normalny. Taki, który pozwala zwyklakom takim jak ja, poczuć, że mimo tego, że nie do końca ogarniamy całe to macierzyństwo... to jednak ogarniamy. I że nie trzeba robić wszystkiego na 100%, nie trzeba być ortodoksem - ale i nie ignorantem - żeby mieć poczucie, że robimy wszystko jak należy. I że jest tak jak ma być. Nawet jeśli ząbkujące niemowlę nie daje nam spać cztery noce z rzędu.

W tym roku można też wysyłać zgłoszenia na 'tekst roku'. O, o tym nawet myślałam. W końcu kilka porządnych (chyba?) mam nadzieję udało mi się popełnić. Nie z nadziejami na zwycięstwo, ale na poszerzenie grona czytelników. Wiadomo - więcej czytelników, większe możliwości. A i niemała praca włożona w to, żeby blog miał ręce i nogi może była by doceniona w związku z tymi większymi możliwościami. Ale oczywiście stchórzyłam. Może w przyszłym roku się szarpnę, kto wie. W tym roku jeszcze nie. Ale... gdybym wystawiła swoją kandydaturę na tekst roku to byłby to chyba ten:

W36 Tłusty czwartek w liczbach (bilans musi wyjść na zero)


Czemu go lubię? Nie wiem. Ze zwykłego sentymentu, chyba. Nie jest tekstem ważnym globalnie. Nie tyczy się prawd objawionych, życia i śmierci, przewartościowywania priorytetów. Ale czuję że jest mój. I w moich bardzo specyficznych kryteriach - jest całkiem dobry i śmieszny (zwłaszcza z perspektywy! Nic tak nie pomaga na ocenę wydarzeń jak perspektywa). Mimo tego że śmierdzi Bridget Jones na kilometr.

Do innych (subiektywnie, subiektywnie!) ulubionych w tym roku należą te:

M1 Narodziny superbohaterki czyli relacja z porodu

 Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. Moje życie nie zmieniło się o 180'C, nie nabrało sensu, bo wcześniej też go miało... A jednak prawdopodobnie najważniejszy moment mojego życia jest opisany właśnie tu.

M1 Instrukcja obsługi noworodka - wersja polska i brytyjska

Różnice kulturowe do tej pory mi nie znane wyszły na jaw przy okazji rodzicielstwa. Nowe wychodzą cały czas, więc zapewne za jakiś czas pojawi się i instrukcja obsługi nieco starszego niemowlaka, oczywiście w dwóch wersjach.

M4 Trzy Gracje 

Tekstu tu nie ma za dużo. Ale cóż poradzę, po prostu uwielbiam to zdjęcie. To zdjęcie, ten tytuł i te trzy małe dziewczynki, które z rozkosznych niemowlaków w gondolach po cichu zmieniły się w całkiem interaktywnie się kontaktujące prawie-roczniaki.

M6 Czytelnia

Najlepsze miejsce do czytania i odpoczywania ever. 

M9 Dzień bez dziecka: przeżyć i nie zwariować

 Totalnie pamiętnikowy wpis... O tym, o czym jest w tytule. Przeżyłam i nie zwariowałam. Chyba wystarczy za rekomendację?
 
A Wam, które podobały się najbardziej? A może bierzecie udział w konkursie na blog roku? Śmiało, możecie zostawiać reklamę w komentarzach, jako że w tym roku żadna ze mnie konkurencja. Ja już parę smsów wysłałam, bo cel szczytny. I nie wykluczam że wyślę jeszcze parę. A co!

Ściskamy,
z&m


Sunday, 1 February 2015

M11 Zabawy z mamą, zabawy z tatą...

Dziś krótko i na temat.

Zabawy z mamą:



Zabawy z tatą:



Znajdź różnicę!

Ściskamy,
z&m