Wednesday, 15 October 2014

M7 Fizjoterapia poporodowa

Poród by spoko. Serio, w pięć minut po stwierdziłam że mając do wyboru kolkę nerkową i poród biorę poród, czyli nie mogło być tak źle (a relacja z porodu tu).

Po porodzie też było spoko. Waga przedciążowa po tygodniu, brzuch wklęsły (już na porodówce położne komentowały że wyglądam jakbym się fasoli najadła a nie dziecko urodziła i że nie ma sprawiedliwości na tym świecie), szyte krocze (no peszek, ale najlepszym się zdarza) wcale nie goiło się najgorzej a po wyjęciu szwów przez ukochaną położną środowiskową Kasię (z którą zresztą do tej pory jestem w kontakcie i którą uwielbiam uwielbieniem totalnym i jak mieć położną środowiskową jeszcze kiedyś to tylko tą!) to już w ogóle super. Od szóstego życia Mill uskuteczniałyśmy spacerki i czułyśmy się, obie, fantastycznie.

Sielanka skończyła się koło 7 tygodni po porodzie kiedy się wzięło i rypło a o tym pisałam tu. Myślałam że dzieje się tragedia wielka (no bo co toooo jest!?), wylądowałam u mojej koleżanki a potem u chirurga i w sumie niczego konkretnego się  nie dowiedziałam poza tym że diagnoza brzmi że to obniżona tylna ściana pochwy, że bywa gorzej, i że mam się nie martwić. No ale jak tu się nie martwić jak dyskomfort jest, i to konkretny?

Dzięki pani Kasi, położnej środowiskowej, dowiedziałam się że to się rehabilituje. Nawet namiar na to, gdzie się takie rzeczy robi dostałam,choć niedokładny, bo to od jakiejś innej podopiecznej, która ponoć miała podobny problem, ale nie mogła się nachwalić. Idę więc, mówię w rejestracji w czym problem, pani z rejestracji na to że 30 lat pracuje w restauracji i w życiu o czymś takim nie słyszała, ale jak przyniosę skierowanie od ginekologa to ok, zapisze mnie. Tak więc zanim dotarłam tam gdzie miałam minęły całe wieki - moja ginekolożka była na urlopie, więc musiałam iść do innej a i tak czekałam tydzień na wizytę. W końcu skierowanie wypisane i zdane - uda się - myślę. Za pierwszym razem było za dużo pacjentek więc musiałam przyjść w kolejnym tygodniu, za drugim przez Tour de Pologne pani doktor nie dojechała, a w jeszcze kolejnym tygodniu zmarła jej mama więc siłą rzeczy też się nie pojawiła. I niby niczyja wina, ale się to mocno przeciągnęło. Za czwartym razem, kiedy w końcu dotarłam, okazało się że to nie ta pani, do której powinnam iść. Że jaaaaak?!

No święty by się zniechęcił, słowo daję, ale do stracenia miałam niewiele a do zyskania wiele (choć i tak się, zgodnie z przewidywaniami chirurga, w ramach upływu czasu, poprawiło, ale i tak jeszcze w stu procentach szału nie było, nie powiedziałabym) - i tak w końcu dotarłam do pani Kasi (innej i kolejnej, i nie wiem jak to możliwe, ale wszystkie okołodziecięce Kasie z jakimi mam do czynienia są super - najpierw Kasia Żak od szkoły rodzenia, potem Kasia O. - położna środowiskowa - a w końcu Kasia - fizjoterapeuta - no fantastyczne, każda jedna, no!), która jest młoda, piękna i wybitnie kompetentna. Już pierwsze wrażenie zrobiła na mnie ogromne, mimo tego że na pierwszą wizytę na własne życzenie czekałam prawie miesiąc bo w wakacje jak jest każdy wie - wyjazdy, te sprawy. Ale w końcu 29 września, kiedy Mill skończyła pół roku, udało mi się na fizjoterapię dotrzeć ('Z tylną ścianą pochwy ma pani problem? To fantastycznie! To znaczy nie że pani ma problem, ale że akurat taki, bo ja to bardzo lubię rehabilitować, bo efekty jak ktoś jest zdyscyplinowany szybko są, a pani mi wygląda na zdyscyplinowaną' - no jak tu się nie zachwycać?) .

Brzmi strasznie, ale strasznie w ogóle nie jest. Na pierwsze spotkanie przyszłam w dresie, na pozostałe w czym bądź. Chodzę raz w tygodniu, jeszcze parę spotkać mi zostało. Idzie mi super. Pani Kasia przyjmuje prywatnie, ale wizyta w cenie 25PLN jest chyba na każdą kieszeń, zwłaszcza że tych spotkań będzie max osiem. Pani Kasia ma model z kręgosłupem i miednicą i pokazuje co i jak. I ćwiczenia. Niestety nie są to ćwiczenia że godzinkę dziennie i pozamiatane. Tylko tysiące razy dziennie. Przy siadaniu tak, przy kucaniu tak, do klęku tak, a z wózkiem chodzimy tak. Po wstaniu to, przy pójściu spać tamto, a do tego jeszcze miliony wizualizacji pani zwanej podobno McKenzie. Ogon, kwiatek, koparka - to tylko kilka żargonowo-terapeutycznych haseł. I tak, nie zawsze pamiętam (ale jak pamiętam to robię). Ale efekty są super - nie dość że komfort poprawiony (już, a gdzie tam koniec) o 100000% to przy okazji brzuch mi się zmniejszył i schudłam dwa kilo (a czekolady sobie nie odmawiam, oj nie) i zdecydowanie warto. A na następne spotkanie idę z Milly i Tulą pooglądać jak się nosimy, zobaczyć co dobrze a co nie i co jeszcze mogę dołożyć do zestawiku kiedy Tuluję. No cudo, no! I działa!

Wszystko się da, naprawdę. Jestem zachwycona!

A u Was jak? Borykałyście się z jakimś fizycznym poporodowym dyskomfortem? Czy wszystko jakby ciąży kompletnie nie było?

Ściskamy,
z&m


No ale dla takich chwil... Przecież warto było! Mogę nawet ćwiczyć :)

11 comments:

  1. Wy kobiety jesteście do tego po prostu stworzone, macie tak ogromną wytrzymałość na ból podziwiam Was bardzo, nie wyobrażam sobie porodu, szczerze to się go nawet trochę boję, moja żona ma termin za 3 miesiące i ja jako przyszły ojciec okropnie się stresuje a moja luba jakby nigdy nic, opanowanie przede wszystkim :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Po pierwsze - gratuluję! Porodu się nie bój nic, Towarzysz Mąż przeżył to każdy przeżyje :)))) Ja, w przeciwieństwie do Twojej żony, bałam się panicznie wręcz (pomogła dopiero autohipnoza której się uczyłam pod koniec ciąży), ale suma summarum nie było tak źle. Bolało, wiadomo... Ale warto było! :) Pozdrawiam!

      Delete
  2. @Jakub

    zgadzam się jak najbardziej, coś w tym jest, że kobiety przechodzą te wszystkie procesy, rodzenie dziecka musi być na prawdę bardzo trudne i podziwiam wszystkie kobiety, które się tego w ogóle nie boją, pełen respekt. Piękne i zdrowe dziecko Ci się urodziło, gratuluje i życzę powodzenia moja droga !

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję, ach dziękuję! Jaki wysyp męskich komentarzy, uwielbiam to, dzięki! Urodzenie dziecka jest trudne, ale do przeżycia, choć podobnie jak Ty podziwiam wszystkie kobiety które się nie boją bo ja się bałam i to okropnie :)

      Delete
  3. Aż musiałam wejść zobaczyć tę męską część odbiorców parentingu:) Fajnie!:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. To tak jak ja ;) Szał! Fajnie jest mieć czytelników facetów :)

      Delete
    2. Zjechałam na komentarze u się zastanawiam czy Zuzy nie podlinkowali przypadkiem w jakimś magazynie typu "MURATOR" (tak, wiem, gender-srender), gratuluję męskiej widowni, też taką chcę! I fizjo gratuluję (tu akurat nie chcę - wiadomo). Ale chciałabym płaskiego brzucha więc w moim wypadku tylko rozwód z czekoladą.

      Delete
    3. Olga, ja się z czekoladą rozwodzić nie zamierzam, co to to nie! I mój brzuch... No wiesz, obiektywnie płaski to on nie jest, ale subiektywnie,w porównaniu z moim brzuchem sprzed miesiąca jest serio PŁASSZY (ha, taki Ci tu walnę przymiotnik polonistko jedna :D ) I też się zastanawiam skąd Ci faceci... hmmm.... :)))

      Delete
  4. U mnie wszystko ok :-) jakby ciązy nie było :-)

    ReplyDelete
  5. Podziwiam za wytrwałość... Ja właśnie niedługo mam termin i jak czytam tak to wszystko to coraz więcej rzeczy tylko sie dowiaduje jakie mogą pójśc nie tak. Pozdraiwam

    ReplyDelete
  6. Zapraszamy wszystkie mamy w ciąży na ćwiczenia przygotowujące do porodu na www.fizjoterapia-warszawa.com :) Rewelacyjna opieka, fachowa pomoc :)

    ReplyDelete