Tuesday, 7 January 2014

W28 OOTD #3 aka babciowo-urodzinowo

Po dwuipółtygodniowym urlopie przyszło mi wrócić do pracy. I wiecie co? Nie było tak źle! Dzień minął szybko i właściwie cieszę się że jutro do pracy idę też (tylko proszę nie donosić Towarzyszowi Mężowi który nie kuma moich pracoholicznych zapędów:)

Wcześniej jednak odwiedziłam moją babunię, bo tak się składa, że babunia miała dzisiaj urodziny.

A że babunię mam najlepszą na świecie wiedzą wszyscy, którzy ją znają.

U babuni od rana tłumy. Cieszę się, że tak o nią dbają.

A oto w to urodzinowo ubrałam się (o rety, ale wielka już!) ja:







1. Sukienka Primark, z darmowych zakupów w maminej szafie (teoretycznie tymczasowych, bo liczę na to że po ciąży sukienka znów będzie mi wisieć, mimo tego że podoba mi się bardzo)
2. Rajtki gatta 12PLN (czy coś koło tego)
3.  Buty Rockport jean Pump (najwygodniejsze szpilki na świecie, przetańczyłam w nich niejedno wesele do końca i na co dzień też bardzo często nosiłam, zanim nie byłam w ciąży, w ciąży zdecydowanie rzadziej noszę szpilki w ogóle), 30GBP na ebay (a ten to model jest gdyby ktoś szukał)
4. Stejtment naszyjnik (który widać ledwo spod kudłów) Primark, 5GBP
5. Zegarek MK, ten co zawsze
6. pierścionek i obrączka też te co zwykle


Córeczka też dziś zadowolona, dostała ciasto, pokopała i poszła spać. Standard.
No to teraz nowy Sherlock (dzięki obcykany w Internecie Towarzyszu Mężu!), muzyczka (więcej o muzyczce i zapawławianiu tu) i spanko, bo jutro znów do pracy (hurra!)

Pozdrawiamy styczniowo,
z&m

Monday, 6 January 2014

W28 Samozwańcza mini-encyklopedia ubranek dziecięcych część 2: rajstopki, półśpiochy, kaftaniki, niedrapki

Dawno temu w zeszłym miesiącu byłam kompletnie zielona jeśli chodzi o niemowlęce ciuszki. Usłyszawszy słowo 'rampers' myślałam że ktoś o sławetnych pieluszkach, tylko trochę z wymową nie ten-teges, a i czym się różni pajacyk od śpiochów za Chiny Ludowe nie byłam w stanie powiedzieć.

Zrobiwszy porządny risercz (dzięki zaprzyjaźnione mamy!) trochę się podszkoliłam i w temacie niemal wymiatam. Poza tym że w dalszym ciągu jeszcze niczego nie kupiłam, ale mam mocną wymówkę - w lutym przyjeżdżają moi angielscy teściowie którzy twierdzą że kupili 'some basics' (a znając moich teściów będzie to z pół walizki) i nam je przywiozą, więc nie będę kupować niepotrzebności, które M. założy raz albo wcale zanim zdąży z nich wyrosnąć (ha! i niech mi ktoś powie że nie można uczyć się na błędach innych - po raz kolejny - dzięki zaprzyjaźnione mamy!)

Część pierwsza (traktująca o bodziakach, pajacykach, rampersach i śpiochach) - dla tych zielonych jak jak w zeszłym miesiącu albo dla tych, którzy lubią czytać, albo dla tych, których zdanie na temat niemowlęcej garderoby jest inne i mają ochotę się nim podzielić zanim ja czy inna mama-to-be popełnimy Wasze ewentualne błędy szafowe -  tutaj.

Teraz część druga. Jedziemy z tym koksem.

RAJSTOPKI

Czym rajstopki są, każdy wie. Chyba że czytają mnie jacyś mężczyźni którzy nie wiedzą (a wbrew pozorom znalezienie mężczyzny nie wiedzącego co to są rajstopki nie jest takie trudne. Ze świecą szukać takiego, który odróżni rajstopy od pończoch, bynajmniej pod względem nazwy. Pod względem wizualnym odróżnią bezbłędnie, a takiego, który preferowałby te pierwsze w życiu nie widziałam. Ba, nawet nie słyszałam o takim. Pończochy w każdym razie niemowląt nie dotyczą, więc skupmy się na rajstopach zwanych również rajtuzami, nie wiem czemu, chyba tylko po to żeby mężczyznom utrudnić jeszcze bardziej), wtedy odsyłam do zdjęcia poniżej.

 Komu widok niemowlęcia w rajstopkach aka rajtuzach (bez względu na płeć) jest obcy niechaj się przyzna w komentarzu. Fenomen którego nie rozumiem nie będąc mamą, może zmienię zdanie kiedy moje dziecko się urodzi. Póki co tak jak uważam że legginsy to nie spodnie i nic co nie sięga za tyłek nie powinno być z nimi noszone (wyjątek - siłownia i inne sporty, tu jeszcze oblecą), tak samo uważam, jeśli chodzi o rajtuzy vel rajstopy. Do tunik tak, do spódnic tak, do sukienek jak najbardziej, w przypadku chłopców chyba tylko pod spód. Rajstop w ramach jedynego 'dołu' nie kumam. Wygodne, że niby. No może i wygodne, ale są przecież półśpiochy (patrz niżej), skonstruowane niby tak samo, a już tak nie rażą. Mnie przynajmniej, cholernej dziecięco-garderobianej estetki, że niby.


1. Dla mężczyzn którzy nie wiedzą jak wyglądają rajstopki - tak oto wyglądają
2. A takie z żabą na tyłku całkiem fajne, tylko ja jestem ciągle nieprzekonana do rajstop jako 'dołu' samego w sobie

Opinie mam:

- mega wygodne
- i co z tego że to nie wygląda?
- łatwo wymienić pampersy
- na zimę świetne pod kombinezonki i ogólnie do warstw

Milly: co i jak?

- cztery pary mamy z wyprzedaży u koleżanki K. (więcej o niej tu)
- parę par mamy też po chrześniaku Tymie
- planuję nosić (to znaczy planuję że Milly będzie nosić, ja noszę z powodzeniem od dawien dawna) do sukienek/spódnic/tunik, ewentualnie z bodziakami zapinanymi na wierzchu (Milly, rzecz jasna, nie ja, ja bodziaków nie noszę od dawien dawna) ale pewnie życie te plany zweryfikuje
- kupować póki co nie planuję, zobaczymy czy starczy to co mam

PÓŁŚPIOCHY

O śpiochach było w części pierwszej, więc w razie nieświadomości tamteż odsyłam. Półśpiochy, jak sama nazwa wskazuje, to śpiochów pół. To dolne pół, gwoli ścisłości. Skonstruowane niemal jak rajtuzy, ale bawełniane albo welurowe albo jakieś inne przypominające gacie bardziej niż rajtuzy (bez tych szwów widocznych, na zadku zwłaszcza!). Skarpetki niepotrzebne, bo półśpiochy sprawę stóp ogarniają. Wyglądają o tak:


1. No czyż nie boskie?
2. Dla chłopców też mogą być
3. I dla dziewczynek z falbankami. Ach ach!

Opinie mam:

- mama mojego chrześniaka A.B.-B. twierdzi że to najwygodniejsze co może być - i pieluchę łatwo zmienić i wygodne i mają mieć wszystko co powinny
- inne mamy w sumie się zgadzają, ale nie rozpływały się nad półśpiochami aż tak

Milly: co i jak?

- mamy trochę po Tymie
- kupimy jeszcze parę par, bo jak to takie wygodne to chyba warto. Zwłaszcza że, jak widać na załączonym obrazku, może być też ładne

KAFTANIKI

Kaftanik kojarzy mi się jednoznacznie z psychiatrykiem. No co ja poradzę, tak mi się kojarzy. I no offence, ale niekoniecznie chcę żeby moje dziecko, a tym bardziej jego garderoba, budziło takie skojarzenia. A to czy ja będę kaftanika potrzebować kiedy Milly się już urodzi to zupełnie inna kwestia. Moja mama do tej pory twierdzi, że i ona, i tata i babcia, kiedy ja byłam niemowlęciem, zdecydowanie potrzebowali. Pozostaje mi mieć nadzieję że Towarzyszka Córka wda się w Towarzysza Męża, który ponoć niemowlęciem był bezproblemowym, i wszelkie kaftanikowe rozkminy pozostaną garderobiane.

A kaftanik to nic innego jak mini-bluzeczka z długim rękawem, rozpinana z przodu. Ot, cała filozofia. Brzmi znacznie bardziej skomplikowanie.


1. Na zatrzaski mogą się zapinać
2. I asymetrycznie na zatrzaski też mogą, czemu nie
3. Bywają i wiązane
4. Albo na guziki

Opinie mam:

- mogą być, ale mega podstawowy element garderoby niemowlęcej to nie jest
- byle nie na guziki. NIE NA GUZIKI!!!!

Milly: co i jak?

- pewnie kupimy jeden lub dwa, ale jak nie dostaniemy to świat się (chyba) nie zawali
- zdecydowanie NIE NA GUZIKI

NIEDRAPKI

Zwane również łapkami-niedrapkami. Dla mnie brzmi to bardziej jak instrument do masażu niż element garderoby, ale wygląda na to, że zdecydowanie jest tym drugim.

O co kaman z tymi niedrapkami?

Otóż dzieć rodzi się z paznokciem (to znaczy z ilością paznokci odpowiednią ilości palców). Ostrym na tyle, żeby móc zrobić sobie krzywdę (ponoć), za to bez odruchu ze strony systemu nerwowego powtrzymującego go od robienia sobie krzywdy. Niedrapki mają za zadanie uchronić dziecia twarz i inne dziecia części przed zrobieniem sobie tejże (krzywdy!) za pomocą owego paznokcia/owych paznokci. Wyglądają tak:


1. Niebieskie
2. I - jakby ktoś nie widział - białe. Od poprzednich różnią się kolorem i materiałem, ale w sumie to jedno i to samo.

Opinie mam:

- różne!
- niektóre mamy uważają je za artykuł całkowicie zbędny i twierdzą, że wystarczy dzicięciu obciąć pazury i problem rozwiązany bez łapek-niedrapek
- inne mamy upierają się że obciąć dziecięciu pazurów nie sposób i zdarzyło się nieraz że się dziecię do krwi drapało i łapki-niedrapki uratowały dzieciową skórę od nadmiernych ran i strupów i wszystkiego, co dziecię nieświadome że się krzywdzi wyrządzić sobie może

Milly: co i jak?

- pewnie kupimy jeden set, na tak zwany wszelki wypadek, a czy się przyda wyjdzie w praniu.

Koniec.
Voila!
I najszczersze gratulacje dla wytrwalców którzy do owego końca dobrnęli. Amen.

Sunday, 5 January 2014

W28 Born to run

Moja historia bieganiowa jest długa i trochę nudna, więc żeby mi znów się nie napisał post tak długi jak wczorajszy postaram się trzymać tematu i nie dygresjować za bardzo (trzymajcie kciuki, bo ze streszczaniem się u mnie średnio).

Na początku ciąży, kiedy jeszcze nie wiedziałam że jestem w ciąży, biegałam sobie regularnie, parę razy w tygodniu, po minimum pięć kilometrów, a raz w tygodniu 10-15. Z rozpędu nawet półmaraton przebiegłam (trochę więcej o tym tu). A potem... dowiedziałam się że jestem w ciąży i ciągle biegałam (ciągle parę razy po pięć kilometrów, raz w tygodniu 10, dłuższe dystanse sobie odpuściłam. Oczywiście pzeczytałam cały Internet na ten temat zanim zdecydowałam że mogę dalej biegać a nawet zapytałam się lekarza, nie mojego co prawda tylko takiego brytyjskiego, jaki się nawinął, który mi tą ciążę potwierdził, i stwierdził że ok, mogę biegać skoro robiłam to do tej pory i nic mi nie było). Aż tu nagle po trzech tygodniach trzeci kilometr a mnie boli brzuch. Ciągnie. Resztę trasy przeszłam, brzuch przestał boleć, nie wiedziałam czy to jednorazowy wybryk czy nie, ale następnego dnia to samo. Trzeci kilometr, a brzuch boli. Odpuściłam więc bieganie, przerzuciłam się na chodzenie (nuuuuda, ale dzidziuś najważniejszy) a potem byłam taka słaba z wymiotów że i chodzić ledwo co chodziłam. Kiedy w 15 tygodniu ciąży wróciłam do Polski i do mojej siłowni zaczęłam trochę pomalutku, na bieżni, ale puls mi skakał do 200 i moja ginekolożka powiedziała że to za dużo i mam się przerzucić na coś, po czym tak nie skacze. Przerzuciłam się więc na jogę, na rowerek (ale taki który ma nogi z przodu, bo taki który ma nogi w dole podobno skraca szyjkę, według mojej ginekolożki, więc też odradzała), na pilates i na maszynę epileptyczną (wszystko nuda w porównaniu z moim ukochanym bieganiem, ale czego się nie robi dla jeszcze bardziej ukochanego dziecia). Do bieżni podejść zrobiłam jeszcze parę, puls udało mi się trzymać trochę bardziej w ryzach, więc do końca listopada, dopóki mój karnet na siłownię jeszcze działał, działałam i ja. Choć już znacznie wolniej i ostrożniej. O bieganiu na zewnątrz nie było mowy, Towarzysz Mąż się zbuntował i powiedział że nie będę mu córki narażać i bał się że się poślizgnę/przewrócę/dobiję do drzewa/dobije do mnie rowerzysta/dobiję do rolkarza (wszystko możliwe przy moim  talencie), poza tym bieżniowa amortyzacja działa, parkowo-asfaltowa średnio, i w ogóle na ten czas mogłabym sobie odpuścić. Odpuściłam więc, ale tęskno mi było oj tęskno.

Wczoraj wykończyła mnie pani Angelika Pióro (polecam jej kanał na YouTube - póki co zrobiłam wczoraj zestawy ćwiczeń 1 i 2, a zakwasy dzisiaj są, choć się nie zapowiadało) a dziś, mimo tego że za oknem tak sobie, zapragnęłam czegoś na świeżym powietrzu. Zbuntowałam się więc przeciwko buntowi Towarzysza Męża i postanowiłam ze idę biegać. Truchtać, to znaczy. Solennie obiecałam ze jak tylko cokolwiek zacznie mnie boleć to przestanę, że będę wolna jak Internet Explorer i będę patrzeć pod nogi i uważać żeby się nie poślizgnąć/przewrócić/dobić do drzewa/dobić do rowerzysty (i vice versa)/dobić do rolkarza. Komu w drogę temu trampki, zbierałam się i lecę! Nooo, leceniem bym tego nie nazwała, prawie pół godziny zajęły mi 3 kilometry, normalnie mam lepszy czas na 5. Ale normalnie nie jestem w siódmym miesiącu ciąży i aż tak chuchać i dmuchać na siebie nie muszę. Po trzech przestałam, bo zwyczajnie dostałam kolki (ha, ha, a myślałam że jestem fit!) a skoro słowo o przestaniu jak będzie boleć się rzekło, kobyłka u płota... Kolejne 2 z kawałkiem przeszłam i tak spędziłyśmy sobie z Milly cudowną godzinkę na świeżym powietrzu. Ach jak mi tego brakowało! Nawet z moim ślimaczym aka żółwim tempem te gesty pozdrowienia innych biegaczy, ten uśmiech który sam wyłazi na twarz, mimo pogody dość szaro-buro-pochmurno-angielskiej. Było cudnie! Zobaczymy jak będzie dalej (jak córka, pogoda i lekarz pozwolą) ale dzisiejszy zastrzyk endorfin był zdecydowanie czymś, czego potrzebowałam, a nawet nie wiedziałam że potrzebowałam.




Outfit na pingwina (od dołu):

- buty ecco biom B (TK Maxx, Stoke-on-Trent, UK, 30GBP, online dostępne tu)
- skarpetki umbro z primarka z trzypaku, 3GBP za 3 pary (deal! lubimy deale!)
- legginsy z F&F aka Tesco, mam od stu lat i nie pamiętam ile kosztowały, ale pewnie mało, bo ogólnie jestem dość antylegginsowa i poza bieganiem naprawdę ciężko mnie w nich spotkać, więc gdyby kosztowały dużo z pewnością nie bym ich nie była kupiła
- kamizelka do biegania craft, dostana od mojej hiszpańskiej (a właściwie kalifornijsko-meksykańskiej, ale od lat w Hiszpanii mieszkającej) przyjaciółki V., w prezencie urodzinowym, kiedy odwiedziłam ją w San Sebastian, kiedy już mieszkałam w Sewilli, a po to właściwie, żeby w mój urodzinowy weekend przebiec się w biegu na 5K, w którym brałam udział rok wcześniej - od którego zaczęła się moja przygoda z bieganiem. Kamizelka oczywiście bezcenna, a i w Internecie nie istnieje
- bluza do biegania z Tchibo (ta) dostana na urodziny od rodziców, właśnie w czasach kiedy mieszkałam w San Sebastian i zaczynałam biegać. Też sprezentowana i też bezcenna. Przeszła ze mną wiele (a kiedy mówię że przeszła ze mną wiele to mówię to naprawdę bardzo dosłownie, bo przeszła ze mną ponad 1000km kiedy to w wakacje 2012 z Towarzyszem-Jeszcze-Nie-Mężem urządziliśmy sobie spacerek z Sewilli do Santago de Compostella) i ciągle daje radę.
- Buff (który słabo widać spod kaptura), 10GBP - kupiony właśnie ze względu na naszą małą wakacyjną wyprawę w 2012, sprawdził się cudownie, do tej pory to jedno z moich ulubionych biegaczo-podróżnych akcesoriów. Więcej o buffach tu.
- słuchawki standardowe od iPhona, ukradzione Towarzyszowi Mężowi



Lecimy!


Mimo tego że pogoda na smutno, wytruchtałyśmy się zdecydowanie na wesoło


A po powrocie zasłużone jedzonko: kaki, winogrona i zielona herbata z fiołkiem. Mniam!


Pozdrawiamy wybiegane!

z&m

Saturday, 4 January 2014

W28 Pielęgnacja w ciąży

Ostatnie dni wolne od pracy wykorzystujemy maksymalnie.

Wstałam dziś o 11:15 obudzona telefonem mamy (!!!!). Córeczka odmówiła kopania o 7 rano? Cud! Cud 4 stycznia! I tak sobie dzisiaj sprzątamy, nic nie robimy, gotujemy, ćwiczymy, i urządzamy domowe spa. A co, też nam się należy!

Zaznaczę na wstępie, że mimo że uwieeeelbiam kosmetyki i śledzę kosmetyczne blogi i vlogi, nie jestem osobą poświęcającą w łazience co rano/wieczór pół godziny na kremowanie, mizianie i testowanie. Nie mam 50 toników, kremów, mleczek do demakijżu, osobnego płynu do demakijażu oczu i dzioba i cholera wie czego jeszcze. Nienawidzę balsamów. Bleh. Takie rzeczy mnie nudzą i szkoda na nie życia, wolę książkę poczytać tudzież bloga popisać...

Zaznaczę też, już nie na wstępie, że dzięki genom i hormonom skórę mam, odpukać, nie najgorszą. Nigdy nie miałam tendencji do wybitnego przesuszania/przetłuszczania się jej, nie miałam większych problemów z cerą, nie musiałam chodzić do dermatologa i stosować nie-wiadomo-jakich kuracji. Milly, odpukać, też nie przyczyniła się do pogorszenia się stanu mojej skóry, co zdarza się pod wpływem hormonów ciążowych ponoć często. I mimo tego że jest dziewczynką też nie czuję żeby mnie jakoś wybitnie pobrzydziła (może z wyjątkiem tego, że jestem niebieska od żył na policzkach i dekolcie i rękach i brzuchu, ale taki awatarowy look w ciąży też ponoć normalny więc nie spinam się specjalnie).

Moja ciążowa pielęgnacja od nieciążowej różni się więc tym, że jednak mimo ogromnej niechęci do balsamowania jednak się balsamuję. Tudzież olejuję. Jak mawia stare porzekadło lepiej zapobiegać niż leczyć a wizja rozstępów niekoniecznie mnie zachęca do olania systemu. Wiem od koleżanek-mam, tych smarujących się i nie, że jak ma mi coś wyskoczyć to i tak wyskoczy, ale wolę sobie w brodę pluć że mi wyskoczyło mimo smarowania, niż w drugą stronę. Moja mama rozstępy ciążowe miała i ma do tej pory, jednak nie smarowała się kompletnie niczym i przytyła nieomal 30 kilogramów. Ja smaruję się codziennie (albo i dwa razy dziennie, w porywach) i kilogramów przytyłam pięć. Może jest więc dla mnie nadzieja, choć wiem, że teraz zacznie się najgorsze tycie i najgorsze prawdopodobieństwo rozstępów. Ale oto jak im zapobiegamy:

1) Ciało

I trymestr
Nic! W pierwszym trymestrze pracowałam 24/7 a potem zjeździłam pół Stanów więc zajmowałam się milionem rzeczy tylko nie zapobieganiem rozstępom. W Anglii jeszcze miałam lawendowy Johnson's Baby żel pod prysznic (taki o) o fatalnym składzie (SLS, parafina, a fe!), ale natłuszczał moja skórę na tyle, żeby nie martwić się o to, że skóra jest przesuszona. W Stanach używałam co było pod ręką, ale smarowałam się namiętnie kremami z wysokim filtrem, co nawilżało moją skórę dość mocno. Biorąc pod uwagę fakt że w pierwszym trymetrze schudłam a nie przytyłam (tak wiem, od chudnięcia też się robią rozstępy, ale bez przesady, nie od trzech kilo) obyło się bez zmian w stanie mojej skóry.

II trymestr
Podczas pierwszego trymestru nie robiłam nic specjalnego poza czytaniem o tym, jak to ja będę robić wszystkie te specjalne pielęgnacyjne rzeczy kiedy wrócę do Polski i do rutyny. Samych dobrych rzeczy naczytałam się o olejku (nie balsamie!) rossmanowskim BabyDream fur Mama (więcej o nim tu) i postanowiłam że to będzie podstawa mojej pielęgnacji ciałowej. Ma super skład i działanie i gdyby nie ta lejąca okropnie butelka to byłby perfekcyjnym 11/10. Ze względu na beznadziejne opakowanie zdobywa tylko 10/10. Jest boski, zużyłam już chyba z 5 czy 6 butelek i zwykle robię zapasy kiedy jest na promocji za około 11PLN. I nie żałuję go sobie, co mi tam, w tej cenie mogę.

Ponadto tatko przejęty moją ciążą za namową mamy poszalał w aptece i sprawił mi krem na rozstępy Vichy (tutaj więcej, ale ja opakowanie miałam inne z tego co pamiętam). Załapał się też na próbkę osławionej Musteli (gdyby jakimś cudem ktoś o niej nie słyszał to więcej tu), o której sama myślałam, ale jako że rolowała się bardzo na skórze i miałam problem zmęczyć tą próbkę wybiłam ją sobie z głowy. Krem Vichy zużyłam, był ok, skóra po nim ok, ale czy to nim czy po olejku rossmanowskim ciężko powiedzieć. Stwierdziłam że 200ml za 120PLN to średni deal i na trzeci trymestr postanowiłam poszukać czegoś innego.

III trymestr

Ciągle jestem wierna rossmanowskiemu Babydream fur Mama. Kocham miłością absolutną za działanie, skład, cenę, wydajność (biorąc pod uwagę to ile go paplam to naprawdę nie jest źle). Myślę że zostanę mu wierna i po ciąży. Szybkie myk-myk poprysznicowe, myjemy zęby kiedy olejek się wchłania (tak, mam ciepłą łazienkę, a jak mi zimno to owijam się ręcznikiem, ale jeszcze nie wycieram), wycieramy i koniec zachodu, lubię to!

Pod choinką (no dobra, już dwa tygodnie przed choinką, ale jako że produkt był w Świątecznym dwupaku to jeden z nich rzeczywiście znalazł się pod choinką) znalazłam też (na własne życzenie) krem co się pięknie francusko zwie Creme anti-vergetures triple action niby francuskiej aptecznej dermokosmetycznej firmy Le'Maadr (więcej tu). O firmie w życiu Warszawy i nie tylko nie słyszałam nigdy, nie jest w ogóle popularny na maminych/kosmetycznych tudzież mamino-kosmetycznych blogach, poleciła mi go pani w aptece, a że akurat był w promocji (2 opakowania w cenie jednego, 100PLN) postanowiłam go sprawdzić. Opinie online miał niezłe (mimo tego że mało), więc postanowiłam i ja się skusić. Co mnie zaskoczyło, że krem wyprodukowano we Francji i owszem, ale na zlecenie InfoPlus Sp. z o.o. z siedzibą przy Rue Zlota app. 2, 00-019 Varsovie, Pologne. Ciekawa zależność, nie zbadałam tego dalej, ale może kiedyś w przypływie czasu zbadam. Krem tak owak jest super, wchłania się błyskawicznie i przy Vichy dupę urywa. Używam go od trzech tygodni z hakiem, wtedy, kiedy akurat nie biorę prysznica (żeby nie było, prysznic biorę zawsze, raz dziennie albo dwa, i w te dni, kiedy biorę go raz dziennie - poprysznicowo jak zawsze używam Babydream, a rano, kiedy prysznica nie biorę bo na przykład nie ćwiczyłam i nie jestem wybitnie spocona i brudna po nocy i nie widzę takiej potrzeby, używam właśnie tego kremu. Jak nie zapomnę ma się rozumieć, ale staram się nie zapominać) i skórę mam lepszą jeszcze niż miałam, a myślałam że nie można lepszej.

Do tych dwóch specyfików postanowiłam dołożyć mojego peelingowego ulubieńca sprzed ciąży, o którym zapomniałam jakoś wcześniej, a dziś sobie przypomniałam i zamierzam stosować raz w tygodniu (znowu, bo robiłam tak przez dwa lata, a w wakacje/po wakacjach z całym podróżującym zamieszaniem jakoś o nim zapomniałam) - a na miano ulubieńca zasługuje peeling kawowy (o którym usłyszałam tu - u niessiax83 i odkąd wypróbowałam nie używam sklepowych bo tak genialnych efektów nie dają,a  w wykonaniu banalny jak budowa cepa). Z biegiem czasu zaczęłam z nim trochę eksperymentować i teraz przyrządzenie go zajmuje minutę i trochę różni się składem. Moje wersja:

- fusy z kafetierki (jeśli pijemy z ekspresu mogą być i z ekspresu, jeśli parzoną mogą być z parzonej, jeśli rozpuszczalną no to peszek, bo z rozpuszczalnej figa z makiem z pasternakiem a nie fusy i z nich peeling) po spożyciu kawy (ja nie piję w ciąży, na szczęście Towarzysz Mąż ciągle tak) przenosimy z kafetierki (czy czego tam w czym mamy fusy) do małego plastikowego pojemnika (ja mam z ikei, zwyklak, ale wszystko co można wnieść pod prysznic się nada. Tekturę odradzam.)
- dodajemy chlust (leję na oko, nie bawię się w odmierzanie, ale będą tego z 2-3 łyżki) oliwy z oliwek. Albo innego tłustego czegoś co mamy w kuchni albo łazience. Może być i BabyDream fur Mama, jak już mamy pod ręką. Ja dzisiaj użyłam oleju z orzechów włoskich bo taki mi się akurat wziął. Też daje radę. Byle olejowe.
- dodajemy łyżkę miodu. Może być zcukrzony. Ja dodaję taki, który mi nie smakuje albo taki, który chwilowo powoduje taką zgagę, że zjeść go nie sposób (lawendowy - pycha, ale co z tego).
-pod prysznicem dodajemy odrobinę wody i voila, peeling gotowy.

Skórę mam taką że sama nie mogę przestać jej dotykać. Dodatkowy plus - nie może jej przestać dotykać także Towarzysz Mąż.

2) Dziób

I trymestr

Znów nic! Przypadł na lato, więc kremy z filtrem załatwiły mi pielęgnację. Używałam też kremu pod oczy Eucerin z mocznikiem (szczegóły tu) ale się skończył i jeszcze nie kupiłam nowego (tak wiem, prawie trzydziesta na karku,wstyd i powinnam się zmobilizować i kupić)

II trymestr

Dermo Face Provivo 35+, Krem przywracający młodość skóry na dzień Tołpy (więcej o nim jak zwykle na wizażu) był na promocji więc nabyłam i zużyłam (prawie, męczę końcówkę). Czy przywrócił młodość nie wiem, nie za bardzo widziałam utraconą. Dał radę, ale chętnie robię sobie od niego przerwę.

Na noc albo nie używałam niczego albo cudownego taniutkiego naturalnego (ale z alkoholem na drugim miejscu w składzie, a fe!) kremu alterry (więcej informacji tu) z orchideą, którego końcówkę miałam jeszcze z wiosny. Trochę zniechęciło mnie do niego to że cerę po 25 roku życia opisują jako 'dojrzałą' ale cóż, każdego szkoda.

III trymestr

Ciągle używam Dermo Face Provivo 35+ na dzień, ale zdradzam go trochę z Idealią Vichy (tym właśnie) którego dwie pokaźne próbki w słoiczkach dostałam w aptece przy zakupie kremu na rozstępy i magnezu dla mam. Krem jak krem, krzywdy mojej skórze nie robi, nawilżona jest, więc jest ok. Czy wart swojej ceny na tyle, żeby zakupić pełnowymiarowe opakowanie nie wiem, na razie zużywam co mam. A może Wy znacie jakiś cudowny krem do dzioba (niekoniecznie ciążowy, byle nie miał filtrów przenikających które jak wiemy od Sroki - więcej tu - są be)

Ponadto moja hongkongska przyjaciółka M. z okazji Gwiazdki i okazji tego że jest moją przyjaciółką przywiozła mi prawdziwy koreański krem BB (taki - filtrów przenikających nie ma, sprawdziłam), i odkąd go używam, czyli od jakichś dwóch tygodni, słyszę tylko jak pięknie wyglądam i jaką mam cerę ładną, więc wliczam go do pielęgnacji. I swoją drogę naprawdę jest super i och i ach i nie wiem co zrobię jak mi się skończy. Może paczki z HK nie są wybitnie kosztowne?

Do zmywania makijażu odkąd skończyła się bioderma (która, swoją drogą, nie zachwyca mnie tak bardzo jak wszystkich, płyn jak płyn, do oczu wolę dwufazówkę z ziaji) używam biedronowskiego płynu micelarnego, który ponoć robiony jest przez Tołpę. Nie wiem, ale płyn w porzo, choć szału nie ma. Ale jeszcze takiego, który by szał miał, nie znalazłam. Nic mi tak nie zmywa makijażu jak zwykła szmatka muślinowa i woda, płyny micelarne tylko żeby się upewnić, że nic niepożądanego nie zostało na dziobie.


 

1. Ukochany mój Ci on! Rossman, babydream fur Mama, olejek, cena ok. 11-14PLN
2. Le'Maadr, krem przeciw rozstępom, kupiony w dwupaku za 100PLN w superpharmie, regularnie tyle kosztuje jeden
3. Próbka kremu Vichy Idealia do skóry suchej, bezpłatna, a regularna cena za 50 ml ok 100PLN
4. Tołpa, Dermo Face Provivo 35+, Krem przywracający młodość skóry na dzień, 40 PLN, regularnie ok. 50-60PLN ponoć
5. Koreański krem BB, Etude House, Precious Mineral BB Cream, z filtrem 30 PA ++, prezent, a więc bezcenny
6. Płyn micelarny Be Beauty z Biedy w powalającej cenie 5PLN

Na zdjęciu brak z racji tego że wyszły, w sensie skończyły się:

1. Vichy, Action Integrale Vergetures [Complete Action Anti-Stretch Mark Cream] krem na rozstępy, 200ml, 120PLN
2. Alterra, Nachtcreme Anti Age Orchidee (Krem na noc do skóry dojrzałej i wymagającej z orchideą), bodajże 10 albo 11PLN
3. Bioderma, Sensibio H2O (Płyn micelarny do oczyszczania twarzy i zmywania makijażu, do cery wrażliwej), kupiony w promocji 2x250ml za 49PLN
4. Mustela 9 Miesięcy Podwójnie działający krem przeciw rozstępom, próbka bezpłatna, a w cenie regularnej kosztuje około 125PLN za 250ml
5. Domowy peeling kawowy, wliczam w koszta jedzeniowe, więc prawie bezpłatny
6. Johnson's Baby, Bedtime, Masujący żel do mycia ciała na dobranoc z lawendą, 1GBP
7. Eucerin Hyaluron-Filler Krem wypełniający zmarszczki pod oczy, 50PLN za 15ml (ała! dużo!) 

I tyle w temacie. A Wy? Jak dbałyście/dbacie o siebie w ciąży pod względem kosmetycznym?

Ściskamy mocno wciąż (tfu, tfu! przez lewe ramię i odpukać w niemalowane!) bez rozstępów,
z&m




 

Friday, 3 January 2014

W28 Mała i Gruba

Tak w skrócie można określić naszą M.

Po mamusi. I tatusiu. Ale tatuś się odchudza (cóż, po żoninym kalendarzu adwentowym ma z czego) więc w sumie już niebawem tylko po mamusi.

Choć i mamusina waga po grypie żołądkowej do najwyższych nie należy (tyle samo co przed miesiącem). Podobno plaga grypy żołądkowej wśród ciężarnych, więc nie ja pierwsza nie ostatnia.

Na szczęście okazało się że nic dziecku nie jest, ja już ozdrowiałam totalnie też. A ile komplementów się nasłuchałam dziś, ach! Jak mi ciąża służy! Jak pięknie wyglądam! Jaką mam ładną szyjkę (taki komplement tylko od ginekolożki! Względnie ginekologa)! Jaki mam mały brzuszek! A jaki ładny! (w końcu przekonałam się że mimo tego że brzuszek ma rzeczywiście metr to jest mały, bo przede mną była pani na początku czwartego miesiąca z brzuszkiem tej samej wielkości) A jakie ciśnienie ładne! I w ogóle och i ach, utonęłam w morzu pochwał. Pękam z dumy!

Ponadto pani ginekolożka pozwoliła mi zjeść wędzonego łososia, który za mną chodził. Dla odmiany przeszłam się ja za nim, zdobyłam, zjadłam. Brzuszek w porządku, naprawił się (hurra!). Naprawił się nawet tak, że poszłyśmy na mały spacer. Który znów okazał się być półtoragodzinnym łażeniem po parku, ale nic nas nie bolało i było cudownie. W końcu nie co roku 3 stycznia mamy bezchmurne niebo, piękne słońce i 13 stopni. Towarzysz Mąż w ramach diety poszedł biegać (zazdrość!) a ja i Milly w brzuchu chodziłyśmy (to znaczy ja chodziłam, ona spała) i bezczelnie oglądałyśmy wózki.

Parę X-Landerów, parę Bebetto (ale tylko Solaris i Nico, mojej wypatrzonej Luki jeszcze nie widziałam, w każdym razie nie dziś), nawet 2 Bugaboo (szacun dla mam które spłukują się na Bugaboo - de gustibus non est disputandum, ale nawet jeśli ktoś uważa ten wózek za ładny, to zapłacenie za niego ponad czterech tysięcy peelenów przyprawia mnie o mały zawrót głowy. Cztery tysiące? Za wózek? Na tak krótko? Que?!), jeden Tako, jeden Jedo, i parę jeszcze (przeze mnie) niezidentyfikowanych (przez rodziców domniemam zidentyfikowanych jak najbardziej). Na dziwne rzeczy zwracamy uwagę w pewnym stanie, jeszcze na początku ciąży w ogóle nie patrzyłam na wózki (już bardziej na kobiety w ciąży, których wszędzie było mnóstwo kiedy ja nie byłam w ciąży, a teraz jak na lekarstwo. Ale może to też dlatego że teraz patrzę bardziej na wózki niż na brzuchy, bo tego pierwszego w przeciwieństwie do tego drugiego sama się jeszcze nie dorobiłam, ale o tym wkrótce, bo też wkrótce zamierzam ten stan rzeczy zmienić).

Słowem, kolejny fantastyczny dzień, kiedy mamy wolne i możemy robić co nam się podoba, a nie to, czego wymaga od nas praca.

Ale ja jak zwykle dygresja na pięć paragrafów. Ehhh. Miało być o Małym Grubasie, także wracam do głównego tematu. Oto podsumowanie naszej M. na początku trzeciego trymestru:

Mała (w rzeczy samej): 

BPD (szerokość główki): 6.92 cm (średnia 27w6d, norma 25w4d -30w0d) - czyli głowa w porzo
AC (obwód brzucha): 22.32 cm (średnia 26w5d, norma 24w4d - 28w6d) - ciągle w normie. W talii zdecydowanie nie jest gruba!!!!
FL (długość kości udowej): 4.72 cm (średnia 25w5d, norma 23w5d - 27w6d) - tylko dwa dni i mieściła by się w normie. Krótkie nóżki, ale tego się można było spodziewać. Ani Towarzysz Mąż ani ja wybitnie długich nie mamy. Ginekolożka mówi żeby się absolutnie nie martwić.
EFW (szacowana masa płodu): 958.49 +/- 143.77 g = 2lb 2 oz) Nie ma podanych norm. Ginekolożka mówi że jest mała, ale jak na swój rozmiar swoje waży. Dobrze, niech waży. Z moją paranoją przedwczesnego porodu zawsze więcej lepiej niż mniej.

Według USG Milenka ma 26w2d. Według wszelkich innych pomiarów 28w1d. Więc tak jak na początku była większa niż wskazywałby na to czas ciąży tak teraz jest trochę do tyłu. Ale o dwa tygodnie przecież nie będę robić paniki. Wierzga i ma się dobrze, to najważniejsze. 

A oto dowód że naprawdę jest strasznym głodomorem - tu spożywa własną rączkę:


Pozdrawiamy uspokojone post-chorobowo,
z&m

Thursday, 2 January 2014

W28 Trzeci trymestr

Nareszcie!

Choć szczerze mówiąc nie wiem, czy się cieszyć. Cieszę się oczywiście na spotkanie z naszą córeczką za 12 tygodni, ale niekoniecznie na kolejne trzy miesiące ciąży. Choć trochę jednak tak. O tym zaraz.

Taki emocjonalny rollercoaster wynika pewnie z faktu że ogólnie czuję się fatalnie od wczoraj, choć zdecydowanie nastąpiła poprawa, nawet trochę jadłam (dawno nic mi tak nie smakowało jak te pół bułki, banan i gotowany ryż z jabłkiem, wszystko oczywiście przez cały dzień, a nie na raz), dużo piję i staram się nie martwić na tyle na ile się da.

Jutro mamy wizytę u ginekolożki, zobaczymy co ona nam powie. Ale jestem dobrej myśli! Czuję się jakby trochę lepiej, mimo tego że wciąż słabo. No ale czego się spodziewać.

Dlaczego nie cieszę się na kolejne trzy miesiące?

1) Wszystko co czytam o ciąży twierdzi że drugotrymestrowy 'honeymoon period' dobrego samopoczucia wraz z semestrem (trymestrem! trymestrem! chyba trochę za bardzo jednak żyję szkołą :) trzecim podobno przechodzi. I samopoczuciowo będzie tylko gorzej. Na co tu czekać więc?
2. Mam metr w obwodzie. Tak, metr. 100 cm, jakby nie patrzeć. Ciekawe czy do końca ciąży będę szersza niż dłuższa (a mam 158cm)
3. Co trochę wynika z punktu 2. - nie mieszczę się już w bardzo dużo rzeczy. I tak mi wszyscy mówią że mam bardzo mały brzuszek jak na taką dużą ciążę, ale prawda jest taka, że w ciuchy własne już się nie mieszczę za specjalnie, a na spodnie ciążowe nie mogę patrzeć. Poświątecznie zgarnęłam 5 sukienek z szafy mamy, która jest trochę większa (mama, nie szafa), ale co jak i z nich wyrosnę? Przecież to totalnie nieekonomiczne kupować rzeczy na miesiąc albo dwa. Wyjściem z sytuacji jest polubienie legginsów, ale co ja poradzę że nie lubię :/
4. Szybciej się męczę. Wolniej chodzę i wszystko w ogóle robię wolniej. Co kompletnie nie leży w moim charakterze. Ale cóż, córcia każe, mama musi.
5. Martwię się. Nieustannie. Teraz przy chorobie zwłaszcza. Internet demonizuje wszystko. Boję się o każdą najmniejszą zgagę, o to co jem i czego nie jem, o to, żeby jej nie zaszkodzić czymś co robię, o to żeby jej nie zaszkodzić czymś czego nie robię, o to, że niechcący ją zmiażdżę kiedy śpię, o to, czy nie urodzi się za wcześnie, o to, czy wszystko będzie dobrze, o to, czy nie dostanę gasteozy (tak to jest jak się spędza za dużo czasu z Internetem o tematyce dziecięcej, czasem im więcej wiemy tym gorzej, ot, nie wiedziałam o istnieniu gasteozy i żyłam szczęśliwie mając jedno zmartwienie mniej), i o milion rzeczy które mogłabym wymieniać w nieskończoność. Co więcej, wiem, że ten strach o nią będzie towarzyszyć mi już prawdopodobnie zawsze. I ta myśl jednak trochę paraliżuje.

Dlaczego cieszę się na kolejne trzy miesiące?

1. Przygotowania zaczną się pełną parą. Kompletowanie wyprawki, zakup wózka, ogarniane łóżeczka i wszelkich rzeczy związanych z tym, że już niedługo świat przestanie się kręcić wokół mojego brzucha, a zacznie wokół prawdziwego małego człowieczka. Wszędzie czytam że takie zakupy i przygotowania to sama przyjemność, więc tak też się nastawiam, no bo co się mam nastawiać inaczej.
2. Każdy dzień to kolejny mijający dzień to dzień bliżej do spotkania z M. A na to czekam bardzo.
3. Ciągle bardzo lubię kopniaczki. Poza tym teraz już jestem w stanie stwierdzić gdzie ma główkę/dupkę bo przy dotykaniu brzucha to łatwo wykryć. I jest to takie realne że mieszka tam człowieczek, a nie już jakaś kijanka czy inna fasolka.
4. Towarzysz Mąż. Im bardziej jestem w ciąży tym bardziej o mnie dba, albo przynajmniej ja to tak odbieram. Troszczy się. Donosi herbaty, zapatula kocykiem, przytula i cały czas powtarza jak ślicznie wyglądam. Niby tak samo jak przed ciążą, ale jakoś tak... bardziej. Albo ja bardziej wszystko odczuwam ze względu na hormony ciążowe albo on rzeczywiście trochę mnie wynosi w tej ciąży na piedestał (no więc nie będę się buntować, głupia bym była gdybym się buntowała). Co więcej, dużo tej uwagi skierowanej jest na mnie, nie tylko na 'opakowanie jego córki', co też jest ważne dla samopoczucia każdej przyszłej mamy, a jeśli nie każdej to prawie każdej, a jeśli nie prawie każdej to nie wiem o co chodzi, w każdym razie ja to bardzo doceniam.
5. Wszystkie moje przyjaciółki-mamy mówią że brzuszka później brakuje. Tak więc na zapas cieszę się tym, że będę go mieć jeszcze przez trzy miesiące, na wypadek gdyby później miało mi go brakować.
6. Czekolaaaaada! Nie wiem jeszcze jaki mam stosunek do diety matek karmiących (brzmi przeraźliwie) ale wygląda na to, że przez najbliższe trzy miesiące mogę sobie jeszcze trochę kulinarnie pofolgować (i nie mówię tu o zjadaniu tabliczki czekolady zamiast obiadu, ale nie demonizujmy kostki albo trzech) bez ryzyka, że Milly będzie bolał brzuszek czy też będzie miała inne żołądkowe nieprzyjemności (a tego chcemy uniknąć, coś o tym wiem wiem, z autopsji bardzo niedawnej zresztą)

Cieszę się bardzo że uzbierało się jednak więcej powodów dla których cieszę się na kolejne trzy miesiące. Że mimo zmęczenia, fatalnego samopoczucia i lekko-podłego chorobozwiązanego nastroju jednak te małe radości przewyższają te wszelkie nieudogodnienia.

Będzie dobrze! Na pewno!

Pozdrawiamy z ostatniego etapu ciążowego maratonu (już zdecydowanie bliżej niż dalej),
z&m

Wednesday, 1 January 2014

W27 kac gigant

Witajcie w Nowym Roku!

Mam nadzieję że Sylwester się udał. Nasz bardzo! Dziesięcioro przyjaciół, nasze mieszkanko, fuuuuura jedzenia, picia (dla tych co piją:), dobrej muzyki, dobrego humoru, gier, zabaw, gitar, fajerwerków i wszystkiego co jest potrzebne do udanego Sylwestra.

I wszystko pięknie, tylko coś mnie rozbolał żołądek, kiedy M. mnie obudziła. Poleżałam i próbowałam przeczekać, ale nie wyszło. I zaczęło się. Czytelinków z wyobraźnią przepraszam, postaram się nie wdawać w szczegóły. Objawy kaca giganta. Wymioty jak te najgorsze z pierwszego trymestru. Przeplatane biegunką (czytelników z wyobraźnią przepraszam po dwakroć, ale to niestety nie ta jedna z pięknych historii o tym jakie macierzyństwo in spe jest cudowne). Do tego ból brzucha. Żołądka, albo flaków, nie wiem, nie zam się, czegoś co bezpośrednio sąsiaduje z moją córką, a czego ona ewidentnie nie lubi i wierzga. Możliwe wyjaśnienia są dwa - albo herbata śliwkowa powoduje kaca giganta, albo mam grypę żołądkową.

Całe rano leżę w łóżku (z przerwami na liczne wycieczki do łazienki), kiedy Towarzysz Mąż i zostająca u nas do jutra kanadyjska koleżanka G. sprzątają poimprezowe mieszkanie. Ci czują się świetnie, mimo długiego balowania. I to bynajmniej nie przy herbacie śliwkowej. Życie jest jednak niesprawiedliwe.

Jedziemy do rodziców na obiad, mimo tego że ja nie mam siły ruszyć żadną kończyną. Tam zaczyna się panika. Obiadu nie jem, raczę się herbatką miętową, która nie dość że na żołądek nie pomaga to jeszcze do wszystkich małoprzyjemnych dolegliwości dokłada mi moją ulubioną zgagę. Nie urok to sracka, powiedziałabym, ale dzisiaj mi to jakoś wybitnie nie pasuje.

Dzwonimy do naszego zaprzyjaźnionego lekarza rodzinnego. Mierzymy temperaturę. 37.2, szału nie ma. Mam głodować (ale co to za głodowanie kiedy apetytu zero, bardzo proszę, z przyjemnością mogę głodować w ten sposób, gorzej, gdyby kazano mi jeść), pić zimne (wodę albo wystudzoną herbatę), małymi łyczkami. Stosuję się do zaleceń. Śpię, bo kiedy śpię to nie boli i nie muszę biegać do łazienki. Budzę się, trochę jakby lepiej, ale wymioty wracają. Znów lekarz, znów co robić, sama zaczynam panikować. Wszystko mnie boli, nie mam siły. Teraz znów lepiej, ale na jak długo?

Mamy czekać do rana, a jak nie przejdzie zaprzyjaźniony lekarz rodzinny przyjedzie, posłucha, i doradzi co dalej. Pada słowo szpital. O nieeee...

Idziemy spać znów, Milly i ja. Ja chyba bardziej, bo ona chyba zdecydowanie nie lubi odgłosów z mojego brzucha i się im przeciwstawia wierzganiem. Byle do jutra córeczko, damy radę...

Zaniepokojone,
z&m