Thursday, 1 January 2015

M10 Favourite moments 2014: part 2

Część druga niedokończonego wczoraj posta podsumowującego ubiegły już, 2014 rok. Niedokończonego z powodu wyjścia sylwestrowego last-minute, którego miało nie być. Ale było i było super. Było ogródkowo-altankowo-ogniskowo, ze znajomymi, fajną muzyką, grzanym winem (nawet ja wypiłam pół kubka na początku imprezy, a biorąc pod uwagę fakt że karmiłam dopiero nad ranem podejrzewam że uszczerbku na wątrobie Mill nie dostała), rozmowami i wygłupami. Niepotrzebnie martwiłam się kiecką, bo praktycznie przez cały wieczór nie ściągnęłam kurtki. O 1:00 byliśmy w domu, i nie dlatego że jesteśmy już w tym wieku kiedy wolimy się wyspać niż imprezować do rana (jak Dzidek i Matka Polka) ale dlatego że zwyczajnie chcieliśmy już wrócić do Mill (a nie było nas raptem 5 godzin), która zresztą tą chęć miała w głębokim poważaniu i spała w najlepsze do czwartej. Angielska Teściowa mówi że była grzeczna, jak to Mill ostatnio, z tym że chciała imprezować a nie spać i padła dopiero koło dwudziestej drugiej. Ale tego... post nie miał być o Sylwestrze tylko o zeszłym roku, tylko jak zwykle u mnie dygresja na pół posta (nie liczyłabym na to, że coś się w tej kwestii zmieni). Ale ad rem, część druga zeszłorocznej sagi czeka na napisanie.

LIPIEC


W lipcu wróciłyśmy z Mill od angielskich dziadków we dwie, niestety, bo Towarzysz Mąż został w UK aż do połowy sierpnia zarabiając angielskie fundusze na wakacje które miały dopiero nadejść i komputer, który naprawdę wymagał wymiany. Mimo tęsknoty lipiec upłynął nam na intensywnych spotkaniach towarzyskich, głównie z Olgą i Ruby, długaśnych spacerach, ogródkowych posiadówkach i letnim wyluzowaniu. W lipcu były urodziny Matki Polki i sporo imprez plenerowych. Jako że dawno nie spędzałam wakacji w Polsce, a pogoda wyjątkowo dopisywała, cieszyłam się nimi jeszcze bardziej.


Jedno z moich ulubionych letnich zdjęć. W ogródku Ruby, gdzie było ciepło, ale przyjemnie, dzieci młodsze (Kropka i Mill) urzędowały razem na kocykach, dziecko starsze (Młody) kopało w piaskownicy, a mamy czyli my bezczelnie piłyśmy lemoniadę, jadłyśmy mufiny które przy karmieniu piersią zupełnie nie szkodzą na figurę i plotkowałyśmy ile wlezie. Dużo takich było popołudni w lipcu, to u Ruby, to u Olgi, to u mnie, a raczej w położonym nieopodal Parku Chorzowskim. Lubię to!

SIERPIEŃ


W sierpniu kontynuowałyśmy z Mill beztroskie polskie wakacje obfitujące w niekoniecznie planowane spotkania i wyjścia z dziećmi. Ponadto wyjechałam z Mill na mini-parodniowy odpoczynek w góry do mojej Mamy Chrzestnej z A.B.-B. i kuzynami Mill, za którymi przepada. A w połowie miesiąca wrócił Towarzysz Mąż i wyjechaliśmy na chorwackie wakacje z prawdziwego zdarzenia (z których fotorelacja tu, tu i tu). Zdecydowanie stałam się fanką podróżowania z dzieckiem i przeżyłam pierszy porządny macierzyński kryzys.


Pierwsza kąpiel w morzu zaliczona. Brzuch mamy czyli mnie do poprawki, ale od czego są postanowienia noworoczne (choć bez bicia przyznam że w pisaniu tego posta towarzyszy mi spory kubek herbaty z mlekiem i zapas harbatników, ale jeśli nie w Anglii to gdzie).

WRZESIEŃ


We wrześniu dopadł Mill pierwszy katarek, który na szcęście był tylko katarkiem solo, a nie zwiastunem jakiegoś innego choróbska większego kalibru. Z miłych wydarzeń odkryliśmy że 20 kilomentów od domu mamy całkiem przyzwoitą plażę (a mieszkamy na południu kraju!), pojechaliśmy w Tatry na kolejne wakacje i zabraliśmy Mill do Morskiego Oka. Ponadto Mill skończyła pół roku, rozszerzyliśmy jej dietę i odkryliśmy że je wszystko i chętnie i dorobiliśmy się (no dobra, ja się dorobiłam) fanpage'a na facebooku. 


Wrześniowe wakacje: mode on. Byliśmy nad morzem, byliśmy w górach, byliśmy nad jeziorem (nieważne, że tak blisko) - wakacje 2014 uważam więc za mega udane. Mimo tego że nie obfitowały w dalekie i egzotyczne podróże, to jak na wakacje z niemowlakiem tak małym jak Mill i tak uważam że wymiotły totalnie.

PAŹDZIERNIK


Październik to powrót do szarej rzeczywistości. Ale to niekoniecznie coś złego. Ja mimo całego mojego uwielbienia dla lata nawet lubię powroty do pracy, do pewnej rutyny (choć dużo rodziców wyśmiało by moje użycie słowa 'rutyna'), regularności, zorganizowania. W październiku wróciłąm do pracy na pół etatu (dwa dni w tygodniu) i zaczęłam nauczycielski kurs który wymaga ode mnie obecności w Warszawie co dwa tygodnie, w związku z czym całą rodziną spędzamy dość interesujące weekendy w stolicy. W październiku Towarzysz Mąż wrócił do pracy, a ja musiałam po długich leniwych wakacjach nauczyć się ogarniać wszystko z jego sporymi całkiem nieobecnościami. W październiku powitaliśmy też pierwszego ząbka i zaczęłam chodzić na fizjoterapię żeby naprawić poporodowe kuku. Blogowi stuknęło 100.000 wyświetleń a ja usiłowałam odnaleźć się w wiecznym zalataniu (i ciągle usiłuję!).


Mill karmi się sama... Choć nie do końca BLW, bo i papki zdarza jej się dostawać i to dość często. Przyznam bez bicia że każdy posiłęk 'w kawałkach'  przyprawia mnie o przyspieszone bicie serca i strach przed zadławieniem. Ciągle BLW uskuteczniamy, ale bez ortodoksji. A Milly i tak je wszystko z apetytem....

LISTOPAD


W listopadzie zabiegania ciąg dalszy i czasu zdecydowanie mniej niż chciałabym, żeby było. Jesień rozpanoszyła się na dobre, choć byłą wyjątkowo ciepła i słoneczna. Udało nam się wyskoczyć z szybką wizytą do Angielskich Dziadków Mill, a ona sama rozpełzała się po całości i od tej pory jest nei do zatrzymania. I szczerze powiedziawszy listopad minął mi tak szybko że nawet dobrze nie zauważyłam że się zaczął a już się skończył. 


Drewniane klocki z Lidla będące listopadowym prezentem od Matki Polki okazały się hitem a dzień bez zabawy z nimi jest dniem straconym. Nie do końca opanowała jeszcze Mill wkładanie ich z powrotem na miejsce, za to uwielbia je wyciągać po sztuk dwie i stukać jeden o drugi. Albo jeść,
 wiadomo, ale jeść to lubi wszystko.

GRUDZIEŃ


Podobnie jak listopad, minął w trymiga. Powole lato nigdy nie wydawało się bardziej odległe. W grudniu Mill spotkała Mikołaja, przeżyła swoje pierwsze Święta i próbowała zjeść choinkę. Ponadto dopadł ją paskudny kaszel, który na szczęście, podobnie do wrześniowego kataru, nie okazał się być niczym innym jak tylko koszmarnym kaszlem, z którego zresztą już się wykaraskała. W grudniu pojawiła się górna jedynka i po raz kolejny polecieliśmy do Angielskiej Teściowej. Gdzie ciągle jesteśmy i odpoczywamy zbierając siły na kolejny bardzo pracowity styczeń (ale dopiero od siódmego, więc jeszcze trochę laby przed nami).


  
Oto cały rok w pigułce. Było fantastycznie. I oby było tylko jeszcze fantastyczniej (choć ciężko mi to sobie wyobrazić) w 2015! Czego i Wam życzymy,

z&m

10 comments:

  1. Fajne te Wasze wspominki, podróże i aktywności, fajnie, że wyrwaliście się na imprezę, my na chacie, ale nawet nie mieliśmy żadnej propozycji, żeby ewentualnie rozważać wyjście. A propos, bo masz duże doświadczenie, jak Mill zaczęła usypiać bez Ciebie? Domyślam się, że do pewnego czasu zasypiała głównie przy piersi? A jak inni (mama i teściowa, tata) rozwiązali tę kwestię? Może napiszesz post taki tematyczny i organizacyjno-pomocniczny dla takich wariatek jak ja, które boją się dzieciaka z kimś zostawić? Ile wytrzymuje bez mleka, czy jej zostawiasz i ile i jak jest podawane, bo u nas butla też odrzucona... no i jak tam ogarniają opiekunowie generalnie, co robią, karmią, spacerują, lulają? Byłabym wdzięczna. Całusy

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wiesz Kejt, ' zaczęła usypiać bez Ciebie' to mocno na wyrost jest, bo tak wieczornie beze mnie zapisać zdarzyło jej się może z cztery razy w całym życiu, w tym dwa w tym tygodniu, więc za mega eksperta od zostawiania dziecka uchodzić nie mogę, a mogę rzekome duże doświadczenie to parę godzin z dziadkami raz w tygodniu. Plus jakieś niezwykle wydarzenia, ale to rzaaaaadko. Bez mleka wytrzymuje Mill ile trzeba, najdłużej kiedy byłam na egzaminie w Warszawie, paręnaście godzin. Je inne rzeczy bezproblemowo, pije wodę, więc cierpię tylko ja:) ale posta o ogarnianiu przez opiekunów mogę napisać, czemu nie:) wiem że wiszę Ci jeszcze jednego, o podróżach, ale jeszcze do tego nie przyszłam . O opiece nad Mill nie mojej będzie szybciej, serio. Całusy zwrotne:)

      Delete
    2. No ale cztery razy i tragedii nie było, prawda? Nie wracałaś na syrenie, więc można mówić o sukcesie! Chodzi mi o to, czy przygotowywałaś się jakoś taktyczne itp. Choć wiem, że tak naprawdę trzeba po prostu się wyluzować i uwierzyć, że ONI dadzą radę. Może gdyby moje dzikie dziecko nie budziło się co 1,5h w nocy, to byłoby mi łatwiej...A na post o wszystkich podróżach czekam cierpliwie:)

      Delete
  2. Piękne chwile za Wami:)
    Wszystkiego dobrego w 2015!

    ReplyDelete
  3. Pierwszy katarek Mill był wcześniej, bo dopadł i Polkę kilka dni później! Obstawiam sierpień? ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie-e, na 100% wrzesień - nie po to linkowałam skrupulatnie posty z całego roku żebyś mi teraz sierpień wkręcała:D Mill załapała od Kropki i przekazała Polce, niestety, ale dostrzegłam;)

      Delete
    2. Ostrzegałam, a nie dostrzegłam, wrrrr, głupi spellcheck :)

      Delete
    3. I wszystko na Kropkę (foch! ;)

      Delete
    4. Kropka pewnie złapała od Młodego:)

      Delete