Dzięki moim intensywnym blogowym i mamowo-doświadczonym riserczom ciążowym udało mi się uniknąć mnóstwa niepotrzebnych rzeczy (typu niedrapki, na przykład) ale koszule do karmienia mnie nie ominęły.
W szał zakupowy koszul do karmienia wpadła moja mama. Najpierw przywitała mnie takim oto koszmarkiem:
Primo, infantylne grafiki to jakiś horror. Ja rozumiem że rodzę dziecko, ale przecież sama nie staję się w tym momencie dzieckiem, a z całym szacunkiem dla noworodków, ale nie sądzę żeby były one w stanie docenić urocze bocianki, krówki i inne, które bynajmniej ja za urocze nie uważam.
Secudno - krój. Teoretycznie pomyślane fajnie, wyciągasz cycek przez dziurę i spoko. Moja koszula była w rozmiarze XL (normalnie noszę S/M), szwy które powinny być na ramieniu były w nieomal przy łokciu, a i tak przy wyprostowanych plecach cyc wychodził na wierzch bez wyciągania. Chyba nie muszę pisać że do szpitala po porodzie to się absolutnie nie nadaje? Zresztą, do niczego to się nie nadaje...
Kolejne dwie koszule też od mamy (chciała dobrze, no):
(zdjęcie stąd, a koszule właśnie w ten deseń - szare, z 'uroczymi' obrazeczkami na piersi i zapinane z boków na serduszkowe guziczki - pewnie albo takie miałyście albo widziałyście w szpitalu, bo, przynajmniej za mojej szpitalnej kadencji, pół porodówki w nich paradowało. Wariacje jedynie w kolorze lamówek i grafiki. No dobra, i w kolorze guzików też.)
Czemu też jestem na nie? To rozpinanie z boków cholernie niewygodne jest. Noworodek krzyczy, że chce mleka, a Ty się musisz dziubdziać z tymi guzikami.... Poza tym guziki, przynajmniej w przypadku mojego, jakby nie patrzeć słusznych rozmiarów, cyca, miały dziwną tendencję do rozpinania się nieproszone, natomiast kiedy chciałam odpiąć je ja uwielbiały wprost stawiać opór.
Plus oczywiście wątpliwe walory estetyczne, ale to oczywista oczywistość, więc dalej komentować nie będę.
Trzecią śpiąco-karmiącą opcją obdarowała mnie urodzinowo teściowa:
(produkt i zbliżenie można zobaczyć na stronie mothercare, a konkretnie tu)
Tu na pierwszy rzut oka było trochę lepiej. Po pierwsze pidżama a nie koszula -nie lubię koszul nocnych, mam tylko pidżamy. Jeśli koszula nocna, to tylko w postaci koszulki Towarzysza Męża. Typowych koszul do pół uda albo kolan nie posiadam bo to kompletnie nie moja bajka, pidżama wyglądała więc wielce optymistycznie. Poza tym guziczki -nie dość że tylko jeden rządek do rozpinania, to jeszcze koszula na zatrzaski, czyli rozpinające się łatwo, szybko i przyjemnie.
Co na nie? Rozmiar (42 - serio - absolutnie się w tym topię) i, po raz kolejny, misie pierdzisie do porzygania. Gest super, ale dziecięca estetyka koszul do karmienia to zdecydowanie nie mój klimat.
Są jeszcze inne rozwiązania, podpatrzone w szpitalu, albo w Internecie, i nawet bez głupich wzorków (da się? da się!), ale te koszule/pidżamy mi nie przypadły w udziale więc szerzej wypowiadać się nie będę, choć teoretycznie bym mogła, ale po co. Autentycznie by nie było i te sprawy. Ale...
ale w moim przypadku cały ten koszulowy interes okazał się kompletnie, ale to kompletnie zbędny.
Kiedy przypomnę sobie moje pierwsze chwile na oddziale poporodowym - masakra. Piersi nabrzmiałe i obolałe, jak to po porodzie, laktacja dopiero się normowała. A ja i tak musiałam mieć wkładki laktacyjne bo najmniejszy dotyk sutków (sutek? nieee, sutkó, zdecydowanie sutków) o materiał bolał. Nie wpadłam jeszcze na to żeby ubrać stanik, więc wkładki miałam między koszulą (tą z serduszkowymi guzikami) a biustem i liczyłam a to, że rozmiar moich piersi zatrzyma je w miejscu. Nie zatrzymał. Położna się zdziwiła że mam wkładki laktacyjne, przecież w pierwszych dniach po porodzie mleko nie tryska bynajmniej z piersi strumieniami, bynajmniej nie w standardzie. Moje nie tryskało. Kiedy wytlumaczyłam jej (położnej) że to dlatego że nie mogę znieść pocierania materiału o piersi poradziła mi stanik. I chwała jej za to!
Stanik oczywiście okazał się za mały (piersi urosły mi o ekstremalne 5 rozmiarów, a już wyjściowo nie były małe), ale lepszy rydz niż nic. Z za małym stanikiem i tak było o niebo lepiej niż w ogóle bez. Ale babranie się z koszulą i stanikiem do karmienia odpinanym... yyy... nie.
Od kiedy wróciłam do domu wypracowałam własny system. Śpię w stanikach miękkich, bez fiszbin (które do chodzenia się nie nadają, bo trzymanie piersi, zwłaszcza kiedy jest co trzymać, jakoś wybitnie nie wymiata), z wkładkami laktacyjnymi (a jakże, zwłaszcza że teraz wycieki mleka miejsce mają) i w zwykłych bawełnianych podkoszulkach na ramiączkach i dole od pidżamy. Wszelkie bawełniane koszulki na ramiączkach pochodzą z mojej szafy (na przykład takie jak ta poniżej) więc całkowity koszt odzieży nocnej na czas karmienia piersią wynosi cenę wkładek laktacyjnych (używam jednorazówek, choć myślę nad wielorazówkami).
(obrazek stąd)
Jak to działa? Ściągam ramiączko koszulki razem z ramiączkiem stanika, wyciągam pierś, karmię, pozamiatane, do widzenia, dziękuję. Tak mi najwygodniej.
Tak więc ten... wniosek - po co przepłacać? Moje koszule i pidżamy wszelkie były prezentami, ale drugi raz (hue hue, ale mam nadzieję że owszem) na pewno nie będę się w nie zaopatrywać. Na stanik lepiej wydać zaoszczędzone pieniądze, ale też raczej po porodzie (na wypadek urośnięcia biustu o 5 rozmiarów, na przykład), a do szpitala zabrać ten z końcówki ciąży. Przynajmniej tak system u nas działa.
Że już nie wspomnę o tym, że możecie nakupować koszul do karmienia, a tu z karmienia nici, więc też bez sensu.
A jak było/jest u Was? Koszule do karmienia - hit czy kit?
Pozdrawiamy,
z&m




.jpg)



.jpg)
