Monday, 9 June 2014

M3 Koszmar sezonu - koszule do karmienia

Koszule do kamienia nie sprawdziły się u nas kompletnie. Nie chcę tu być wyrocznią i twierdzić że wszystkie są do d. i pewnie w komentarzach napiszą dziewczyny dla których koszule były świetną sprawą - i fajnie. U mnie natomiast to absolutny kit i jedno wielkie noł-noł.

Dzięki moim intensywnym blogowym i mamowo-doświadczonym riserczom ciążowym udało mi się uniknąć mnóstwa niepotrzebnych rzeczy (typu niedrapki, na przykład) ale koszule do karmienia mnie nie ominęły.

W szał zakupowy koszul do karmienia wpadła moja mama. Najpierw przywitała mnie takim oto koszmarkiem:



(zdjęcia stąd i stąd, ale dokładnie taką czerwoną sprezentowała mi mama)

Primo, infantylne grafiki to jakiś horror. Ja rozumiem że rodzę dziecko, ale przecież sama nie staję się w tym momencie dzieckiem, a z całym szacunkiem dla noworodków, ale nie sądzę żeby były one w stanie docenić urocze bocianki, krówki i inne, które bynajmniej ja za urocze nie uważam.

Secudno - krój. Teoretycznie pomyślane fajnie, wyciągasz cycek przez dziurę i spoko. Moja koszula była w rozmiarze XL (normalnie noszę S/M), szwy które powinny być na ramieniu były w nieomal przy łokciu, a i tak przy wyprostowanych plecach cyc wychodził na wierzch bez wyciągania. Chyba nie muszę pisać że do szpitala po porodzie to się absolutnie nie nadaje? Zresztą, do niczego to się nie nadaje...

Kolejne dwie koszule też od mamy (chciała dobrze, no):

(zdjęcie stąd, a koszule właśnie w ten deseń - szare, z 'uroczymi' obrazeczkami na piersi i zapinane z boków na serduszkowe guziczki - pewnie albo takie miałyście albo widziałyście w szpitalu, bo, przynajmniej za mojej szpitalnej kadencji, pół porodówki w nich paradowało. Wariacje jedynie w kolorze lamówek i grafiki. No dobra, i w kolorze guzików też.)

Czemu też jestem na nie? To rozpinanie z boków cholernie niewygodne jest. Noworodek krzyczy, że chce mleka, a Ty się musisz dziubdziać z tymi guzikami.... Poza tym guziki, przynajmniej w przypadku mojego, jakby nie patrzeć słusznych rozmiarów, cyca, miały dziwną tendencję do rozpinania się nieproszone, natomiast kiedy chciałam odpiąć je ja uwielbiały wprost stawiać opór.

Plus oczywiście wątpliwe walory estetyczne, ale to oczywista oczywistość, więc dalej komentować nie będę.

Trzecią śpiąco-karmiącą opcją obdarowała mnie urodzinowo teściowa:

(produkt i zbliżenie można zobaczyć na stronie mothercare, a konkretnie tu)

Tu na pierwszy rzut oka było trochę lepiej. Po pierwsze pidżama a nie koszula -nie lubię koszul nocnych, mam tylko pidżamy. Jeśli koszula nocna, to tylko w postaci koszulki Towarzysza Męża. Typowych koszul do pół uda albo kolan nie posiadam bo to kompletnie nie moja bajka, pidżama wyglądała więc wielce optymistycznie. Poza tym guziczki -nie dość że tylko jeden rządek do rozpinania, to jeszcze koszula na zatrzaski, czyli rozpinające się łatwo, szybko i przyjemnie.

Co na nie? Rozmiar (42 - serio - absolutnie się w tym topię) i, po raz kolejny, misie pierdzisie do porzygania. Gest super, ale dziecięca estetyka koszul do karmienia to zdecydowanie nie mój klimat.

Są jeszcze inne rozwiązania, podpatrzone w szpitalu, albo w Internecie, i nawet bez głupich wzorków (da się? da się!), ale te koszule/pidżamy mi nie przypadły w udziale więc szerzej wypowiadać się nie będę, choć teoretycznie bym mogła, ale po co. Autentycznie by nie było i te sprawy. Ale...

ale w moim przypadku cały ten koszulowy interes okazał się kompletnie, ale to kompletnie zbędny. 

Kiedy przypomnę sobie moje pierwsze chwile na oddziale poporodowym - masakra. Piersi nabrzmiałe i obolałe, jak to po porodzie, laktacja dopiero się normowała. A ja i tak musiałam mieć wkładki laktacyjne bo najmniejszy dotyk sutków (sutek? nieee, sutkó, zdecydowanie sutków) o materiał bolał. Nie wpadłam jeszcze na to żeby ubrać stanik, więc wkładki miałam między koszulą (tą z serduszkowymi guzikami) a biustem i liczyłam a to, że rozmiar moich piersi zatrzyma je w miejscu. Nie zatrzymał. Położna się zdziwiła że mam wkładki laktacyjne, przecież w pierwszych dniach po porodzie mleko nie tryska bynajmniej z piersi strumieniami, bynajmniej nie w standardzie. Moje nie tryskało. Kiedy wytlumaczyłam jej (położnej) że to dlatego że nie mogę znieść pocierania materiału o piersi poradziła mi stanik. I chwała jej za to!

Stanik oczywiście okazał się za mały (piersi urosły mi o ekstremalne 5 rozmiarów, a już wyjściowo nie były małe), ale lepszy rydz niż nic. Z za małym stanikiem i tak było o niebo lepiej niż w ogóle bez. Ale babranie się z koszulą i stanikiem do karmienia odpinanym... yyy... nie.

Od kiedy wróciłam do domu wypracowałam własny system. Śpię w stanikach miękkich, bez fiszbin (które do chodzenia się nie nadają, bo trzymanie piersi, zwłaszcza kiedy jest co trzymać, jakoś wybitnie nie wymiata), z wkładkami laktacyjnymi (a jakże, zwłaszcza że teraz wycieki mleka miejsce mają) i w zwykłych bawełnianych podkoszulkach na ramiączkach i dole od pidżamy. Wszelkie bawełniane koszulki na ramiączkach pochodzą z mojej szafy (na przykład takie jak ta poniżej) więc całkowity koszt odzieży nocnej na czas karmienia piersią wynosi cenę wkładek laktacyjnych (używam jednorazówek, choć myślę nad wielorazówkami). 

(obrazek stąd)

Jak to działa? Ściągam ramiączko koszulki razem z ramiączkiem stanika, wyciągam pierś, karmię, pozamiatane, do widzenia, dziękuję. Tak mi najwygodniej. 

Tak więc ten... wniosek - po co przepłacać? Moje koszule i pidżamy wszelkie były prezentami, ale drugi raz (hue hue, ale mam nadzieję że owszem) na pewno nie będę się w nie zaopatrywać. Na stanik lepiej wydać zaoszczędzone pieniądze, ale też raczej po porodzie (na wypadek urośnięcia biustu o 5 rozmiarów, na przykład), a do szpitala zabrać ten z końcówki ciąży. Przynajmniej tak system u nas działa.

Że już nie wspomnę o tym, że możecie nakupować koszul do karmienia, a tu z karmienia nici, więc też bez sensu.

A jak było/jest u Was? Koszule do karmienia - hit czy kit? 

Pozdrawiamy,
z&m


Sunday, 8 June 2014

M3 Szalone weekendy, uf jak gorąco puf jak gorąco i czas, którego nie mogę zatrzymać

Nigdy nie sądziłam że ja stwierdzę, że nie ogarniam. A nie ogarniam.

Dopiero pisałam o poprzednim pikniku śląskich mam a już kolejny za nami.

Kiedy to mija ja się pytam!?!?!?!?

Cudownie rozpoczęty weekend z dziewczynami jak zwykle wspaniale nastroił mnie na mam nadzieję cały tydzień (który, jeśli zleci z takim tempie jak obecny, skończy się gdzieś w okolicach mojej czterdziestki podejrzewam), a fotorelacja z tego pikniku u Olgi czyli tu.

Później wprosiliśmy sie bezczelnie do rodziców na ogródek (z powodu braku własnego ogródka i bezczelnie wykorzystując fakt że rodzice mieli imprezę wyjściową w terenie) gdzie ładowaliśmy baterie do wieczora po to żeby jak o mini-urlopie wrócić do domu i z Mill śpiącą na moim brzuchu (uwielbiam!) oglądać nieskończoną ilość odcinków 'Downton Abbey' (najnowsza obsesja serialowa - znacie? lubicie?). Z tego wszystkiego o poście nawet zapomniałam, a to już o czymś świadczy (prawdopodobnie o tym że pamięć mam jednak niekoniecznie absolutną).

Rano znów rundka do rodziców (niedzielny obiad, musi być!), Milly protesty przeciwsłoneczne (gorąco, no gorąco, akceptuje tylko cień i chłodną część domu), park ze znajomymi i nagle jest 19:30, Mill śpi, ja ogarnęłam fakt że nie bloguję, ale to jedyna rzecz którą ogarnęłam bo mieszkania z tego towarzyskiego rozpędu już nie dałam rady... Nareszcie zrobiło się chłodniej więc chyba jeszcze się przelecę dziecię dotlenić przedsennie, brak upału rulez.

Od jutra wracam jakoś logiczniej i składniej, obiecuję. A póki co, chwilo trwaj, audiobooku się słuchaj, Downton Abbey się szykuj na wieczór, wino (bezalkoholowe!) się chłódź i Milly śpij!

A Wam, jak minął weekend?

Ściskamy,
z&m

Karmieniowo przysnęło mi się... Intensywne te weekendy, nie ma co!

Friday, 6 June 2014

M3 Złota plaża pośród drzew

Brakuje tylko szumu morza i śpiewu ptaków...

A właściwie tylko szumu morza, bo i śpiew ptaków odhaczyć można.

W moim parku o którym blogowo ostatnio do znudzenia dwa tygodnie temu otwarł się tak zwany beach bar. Z plażą znaczy. Na wyspie, jako że i stawik w parku się znajdzie. Żeby do niego dotrzeć trzeba pokonać schody (i to dwukrotnie) na mostku więc jakoś zawsze sobie go odpuszczałam, ale dziś, jako że spacerową obecnością uświetnił wydarzenie Towarzysz Mąż, we dwójkę sobie jakoś bez większych problemów poradziliśmy.

I... Fajnie było! Co prawda jesteśmy chyba za mało hipsterscy na miejsca tego pokroju, ale i tak było fajnie. Milly pierwszy raz na plaży zaliczony. Podobało jej się, nie ma co. My nie byliśmy głodni więc poprzestaliśmy na lemoniadzie (ja) i piwie (TM), ale Mill zaliczyła dwukrotny obiad (mleko, wiadomo) i przebieranie pieluszki w wózku (ekwilibrystyka pierwszego rzędu, ale dałam radę, ha!

Lato czuć już pełną piersią.

A Wam jak mijają te słoneczne dni?

Ściskamy,
z&m

PS. Akcja 'Zacznij weekend piknikiem' organizowana przez Judytę z mama silesia (szczegóły tu) przedłużona na czerwiec, więc mam nadzieję, jeśli jesteście ze Śląska, do zobaczenia jutro. I znów się z góry kajam że będę bez ciasta, ale marchewki mi wyszły a bardzo, ale to bardzo nie chce mi się po nie zapylać już. Ale i tak z pewnością będzie super!

 Po drodze w róże wlazłam



 Towarzyszowo-Mężowy tryptyk zdjeciowy i mina Milly z cyklu 'DAJ MI MLEEEEKOOOO JUŻŻŻŻ

 'Ja pojadłam, mogę więc się zdrzemnąć i ewentualnie pozwolić Ci wypić Twoje picie mamo.'
 No to zdrówko!

Thursday, 5 June 2014

M3 Bebetto Luca - recenzja wstępna

Mój Ci on, Bebetto Luca!

O tym kiedy go kupiliśmy pisałam tutaj, o pierwszym spacerze tutaj, a teraz o tym jak się sprawdza.

A sprawdza się, moi państwo, zacnie. Oto moje małe podsumowanie w trzech punktach.

1. Primo - wygląd. Podoba mi się mega, jest zgrabny, kolor ma piękny, jasnoszary i dość plamo/dziecięcoodporny jest, nawet przy tak ulewającym dziecku jakim jest Mill. Nie wszystkie kolory mi się podobają, ale jasnoszary, względnie ciemnoszary i cappuccino naprawdę dają radę. Pastelowe fiolety, czerwienie i turkusy podobają mi się zdecydowanie mniej, ale wiadomo, de gustibus non est disputandum, i te sprawy. Ponadto do wyboru mamy trzy kolory stelażu - czarny, biały i srebrny. Do wyboru do koloru więc, mix & match niczym w ofercie bikini w popularnych sieciówkach. Fajna sprawa i każdy może znaleźć coś dla siebie. No, pod warunkiem że nie jest miłośnikiem intensywnych wózkowych kolorów.

2. Secundo - funkcjonalność. Wózek ma wielkie pompowane koła. Ma cudowną amortyzację, która żadnych dziur się nie boi. Ma dużą (naprawdę dużą!)  gondolę i spacerówkę, której jeszcze nie przetestowaliśmy, więc tu się jeszcze nie wypowiem. Gondola jest super. Buda się składa, żeby było łatwiej transportować (choć to chyba akurat standard) i z tyłu ma jakby wywietrzniki (takie jak na zdjęciu poniżej) żeby w upalne dni przewiew był (i jest). Poza tym świetny jest daszek z przodu, który można też w razie potrzeby złożyć do środka. Towarzysz Mąż mówi o tym 'clever design'. Regulację poziomu gondola też ma i jeśli nasz słodki jedyny i niezastąpiony dzidziuś nie lubi leżeć na płasko i oglądać czubków drzew (mój na szczęście lubi) można go lekko posadzić i pozwolić oglądać więcej świata.. Poza tym stelaż składa się jednym ruchem, jest dość lekki jak na takie gabaryty i mieści się nawet w takim mikro-mini bagażniku jak nasz. Kosz na zakupy ma zamki, co sprawia ze zakupy nie mają szansy wypaść i nikt nie musi się gapić na nasze wkładki laktacyjne. Jeszcze poza tym wózek ma wszelkie możliwe rzeczy potrzebne do wózka wliczone w cenę (patrz punkt niżej). A, no i za maleńką opłatą (cena adapterów to mniej niż 50PLN) możemy w stelaż wózka wpiąć fotelik Maxi-Cosi, a że taki mamy to dobrze się złożyło.Co prawda odkąd usłyszałam o szkodliwości fotelików na stelażu praktycznie w ogóle nie korzystam z tej opcji ale może jeszcze się skuszę, kiedy będziemy gdzieś samochodem, bez gondoli i na ultra krótki spacer da radę, myślę.

3. Tertio - cena. Cena +/- 1300PLN (ceneo.pl) jest bardzo kusząca, biorąc pod uwagę że dostajemy naprawdę porządną gondolę i spacerówkę (mam nadzieję), do tego torbę do wózka, moskitierę, folię przeciwdeszczową, uchwyt na napój (o którym zapomniałam wspomnieć w  funkcjonalności, ale tak, taki uchwyt jest i jest super!) i nie wiem o czym jeszcze mogłam zapomnieć. A, wiem, pokrowce na koła, żeby nie świnić samochodu, ale jeszcze mi się nie zdarzyło ich użyć.


Jednak jako że 'idiałów ni ma' jak mawia moja babcia ma ten wózek parę wad. Oto i one:

a) Jest ostatnio mega popularny. Dużo Bebetto widać na ulicach, nie ma to tamto. Jeśli ktoś chce być oryginalny to Bebettem się nie wyróżni, nie ma szans. Ja oklepaność tego modelu (który, mimo wszysko, podoba mi się bardzo) umiliłam sobie inną torbą (o której tu).

b) Hamulec jest trochę za blisko i na początku zdarzało mi się z niego kopnąć. A nóg do samej szyi to ja nie mam, więc dla tych z Was które nogowo są bliżej Claudii Schiffer niż Toma Cruisa może być to problem.

c) Po tym jak hamulec odblokujemy żeby pojechać do przodu trzeba wózek trochę przyciągnąć do siebie. Jest to kwestia przyzwyczajenia i na pewno nie jest to wielki problem, ale jak już muszę wynajdować w tym wózku problemy to oto i on.

d) Brak dostatecznej ochrony przeciwsłonecznej. Dzięki osłonce od Olgi rozwiązałyśmy ten problem, nie mniej jednak wózek nie ma parasolki ani nic w ten deseń. 

Ogólnie - polecam, polecam, polecam. bardzo polecam!!!!!

A Wy, jakie macie wózki? Godne polecenia, czy mając wybór jeszcze raz zdecydowałybyście się na coś innego?

Buziaki,
z&m



 Nie ma jeszcze Milly, ale wózek dotarł!


I opcja z fotelikiem

  
I spacerówka o której napiszę jak przetestuję, ale myślę że dopiero na jesieni.

 Pierwszy spacer

 I z nową torbą dowózkową (o której tu)

 W restauracji też daje radę i w ramach upałów odpięty ma kawałek budki, który odpiąć się da, żeby przewiew powietrza był, co latem fajną rzeczą jest

 W parku, w którym codziennie spacerowo urzędujemy


I kolejny letni chill w ogrodzie Olgi z Instytutu Doświadczeń

PS. I tak, wszystkie zdjęcia z dzisiejszego posta są autoplagiatem z poprzednich postów.

Wednesday, 4 June 2014

M3 Sposoby na spacerową nudę

Spacery. Każda mama, zwłaszcza funkiel-nówka, uprawia namiętnie. Pierwszy to wielka frajda. Nasz nastąpił po 6 dniach i był niesamowity (a pisałam o nim tu). Od tej pory spacerujemy dużo i często i w każdych okolicznościach. Bo lubimy.

Ale, nawet najulubieńsza czynność, powtarzana do znudzenia, przestaje sprawiać taką radość (i mówię to ja, maniak sushi i czekolady, a jednak zdarzyło mi się przejeść i jednym i drugim). My i tak mamy wielkie szczęście mieszkając w pobliżu największego w Polsce (i jednego z największych w Europie) parku miejskiego o powierzchni 600ha. Tak więc mamy mnóstwo możliwości jeśli chodzi o trasy, ale i one się w naszych spacerach powtarzają. Nie wyobrażam sobie chodzić codziennie dookoła bloku, było by jeszcze gorzej. No ale właśnie, i nam się ten sam cel wędrówek nudzi.

Bo, umówmy się, spacer fajna rzecz. Chudnie się po ciąży (ponoć, moja waga jak się zatrzymała na tej sprzedciążowej tak stoi, ale umówmy się, dietetycznie się wybitnie nie staram żeby to zmienić więc mea culpa i nie mam pretensji), dziecko się dotlenia i ładnie śpi. No i kiedy tak ładnie śpi my idziemy idziemy idziemy... I patrzymy na to śpiące dziecko i cudnie jest, ale w pewnym momencie i najbardziej kochająca na świecie mama (wiadomo, ja!) wpada w totalne znużenie widokiem. I wtedy... wtedy przydają się następujące sposoby:

1. Telefon komórkowy

Odkryty już przez multum mam. Może nie zwróciłyście uwagi, ale jak pójdziecie na spacer przyjrzyjcie się innym mamom z wózkami. Założę się o tonę węgla, że co druga będzie z telefonem przy uchu. Ponoć młode mamy dość szybko orientują się co i jak i zmieniają wszelkie umowy telefonioczno-komórkowe na te z darmowymi minutami do wszystkich sieci. I obdzwaniają wszystkich, którzy mają czas (wszak z reguły podczas naszych spacerów ludzie pracują i nie zawsze go mają) i ochotę (z tym też może być rożnie, ale cóż to za przeszkoda dla zdesperowanej młodej mamy) z nimi rozmawiać. Uwaga, grozi odnowieniem kontaktów sięgających podstawówki, jeśli takowe mamy w kontaktach.

Osobiście nie jest to moja ulubiona metoda, ale i ja wszelkie telefony które mam do załatwienia (mama, sklep z pieluchami, księgowa, te sprawy) staram się wykonywać podczas spacerów właśnie żeby później nie zaprzątać sobie tym głowy i zająć się całą resztą rzeczy wymagających zajęcia się (multitasking to się zwie, zdaje się)

[obrazek stąd, a swoją drogą arcyciekawy mini-artykuł o kobitce która dostała mandat za prowadzenie pojazdu i rozmowy przeztelefoniczne w tym samym czasie]

2. Towarzystwo

Ciężej wykonalne, ale do zrobienia. Kiedy znamy inne mamy z dziećmi w podobnym (czytaj wózkowym) wieku po prostu skrzykujemy się na spacer (no dobra, może to po prostu trochę na wyrost, bo z dziećmi w tym wieku nic nie jest po prostu i wyjście z domu o danej godzinie może czasem nomen-omen nie wyjść) i mamy towarzysza rozmów na żywo. Plusem jest jeszcze fakt wspólnych nowych okołodziecięcych tematów.

W ramach braku znajomych mam z dziećmi w podobnym wieku można się zadowolić dwoma pozostałymi kategoriami: a) mam z dziećmi w niepodobnym wieku (czasem trzeba zwolnić do tempa najwolniejszego dziecka, ale warto) i b) nie-mam lub nie-tat, którzy lubią spacery wszak.

My najczęściej uskuteczniamy tą ostatnią opcję i w ramach wychodzenia do ludzi i spotykania się ze znajomymi zamiast kolacyjek i winka na mieście uskuteczniamy spacery w parku. Na zdrowie nam wyjdzie z pewnością, a i tematy inne niż dziecięce mile widziane.


[obrazek stąd, a przy okazji artykulik o dobroczynnym wpływie spacerów na figurę młodych mam]


3. Muzyka

U nas nie działa, ale u Was może się sprawdzi. Kiedy odgłosy przyrody (względnie odgłosy burczących silników) wyjdą nam wciąż wymagającym poporodowego zgubienia bokiem zawsze możemy słuchać muzyki. Dla audiofilów jak znalazł. U nas ta metoda nie działa bo:

a) Kiedy słyszę muzykę chcę biegać, a chwilowo skuli popsucia (tego) nie mogę
b) Niechcący śpiewam na głos a mimo wszystko śpiewanie na głos w środku parku bez zdawania sobie z tego sprawy i z moją nieumiejętnością śpiewania to nie jest dobre kombo

 
 [obrazek stąd, a w linku znajdziecie też listę rzekomych dziecięcych must-haveów]

4. Audiobooki

Moje ostatnie odkrycie. uwielbiam uwielbiam uwielbiam! Przyznaję się bez bicia że próbowałam spacerować i czytać Kindla, ale nie dało rady, nawet największa z największych czcionka mi skakała. A tak mogę jechać i czytać, obłęd! W moich suplementach DHA była karta podarunkowa na dwa audiobooki ze strony audioteka.pl (nie, oni nie wiedzą o tym że ich reklamuję) więc skorzystałam... I zasłuchuję się!!!! Cudo!

Wydawnictwo 'Czarne' (moje ulubione) też ma audiobooki w swojej ofercie, i to jakie!

Dzięki audiobookom coraz bardziej nie mogę się doczekać spacerów i trwają one coraz dłużej i dłużej, bo po prostu nie mogę przestać słuchać, zupełnie tak, jak bym nie mogła odłożyć książki. A dziecko leży, śpi, wdycha świeże powietrze i wszyscy są zadowoleni.


A jakie są Wasze sposoby na spacerową nudę?

z&m

Tuesday, 3 June 2014

M3 CV - update

Imię i nazwisko: Zuzi Clowes
Data urodzenia: Ale moja czy dziecka?
Adres: Mieszkanie, głównie mieszkanie, a konkretnie worek sako, na którym karmię. Często też Park Śląski. Tak, generalnie te dwa miejsca.
Telefon: Nie warto dzwonić, bo i tak jest cały czas na 'milczy' żeby nie obudzić dziecka, jeśli akurat postanowi spać (z reguły nie śpi)








Wykształcenie:

2000-2004 - Nieważne
2004-2007 - Też nieważne
2007-2009 - Właściwie też nieważne
1szy kwartał 2014 - Szkoła rodzenia

Doświadczenie zawodowe:

Nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne
nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne  nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne  nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne nieważne

29/03/2014 - obecnie: Mama

          Zakres obowiązków:

- przynoszenie
- podawanie
- pozamiatanie
- przebieranie pieluszki
- dawanie cyca
- puszczanie karuzelki
- ponownie przebieranie pieluszki
- dawanie cyca
- puszczanie karuzelki
- kąpanie
- dawanie witaminek
- obcinanie paznokci
- wycieranie ulanego mleka (milion razy dziennie)
- przebieranie (również milion razy dziennie ze względu na punkt powyżej)
- przy okazji gotowanie obiadu
- sprzątanie mieszkania
- robienie prania
- puszczanie zmywarki
- rozładowywanie pralki i zmywarki
- utulanie płaczącego niemowlęcia
- zabawianie znudzonego niemowlęcia
- niemartwienie się niemowlęciem z którym wszystko w porządku
- chodzenie na ekstremalnie długie spacery, najlepiej kilka razy dziennie, gdyż niemowlę na powietrzu lepiej śpi
- przestrzeganie diety (to nie jest moja mocna strona)*
- organizowanie rozrywek pozadomowych
- organizowanie rozrywek domowych
- niewariowanie


Umiejętności:

- niespanie dłużej niż 3,5h naraz i funkcjonowanie jak normalny człowiek
- umiejętności komputerowe: czytanie blogów podczas wykonywania niezliczonej ilości innych czynności (patrz: zakres obowiązków)
- wykonywanie wszelkich czynności (patrz wyżej) domowych z pięciokilowym ruchliwym obciążeniem w dodatkowo wyhodowanej ręce
- wkładanie każdej nogi wierzgającego niemowlaka do odpowiedniej nogawki. Choć czasem metodą prób i błędów.
- wytrzymywanie karuzelkowo/zabawkowych melodyjek przez okres dłuższy niż 15 minut
- produkcja mleka na żądanie
- ekspert w parzeniu herbaty/kawy (bezkofeinowej, psia kość), zapominaniu o niej i wypijaniu zimnej po około sześciu godzinach
- pamięć absolutna jeśli chodzi o daty: szczepionek, potencjalnych szczepionek, usg bioderek, wizyt u pediatry, wizyt położnej i tym podobnych (uwaga: nie dotyczy pamięci o ugotowaniu obiadu, wyprasowaniu ciuchów które od tygodnia leżą na pokrywającym się kurzem rowerku stacjonarnym albo wymianie żarówek*)

Języki obce:

Niemowlęcy - początkujący (A1) + w toku: intensywny kurs zmierzający ku kolejnemu poziomowi zaawansowania


Hobby:

- gapienie się w śpiące dziecko
- względnie gapienie się w cokolwiek innego - ksiażkę, telewizor, komputer - kiedy śpiące dziecko się znudzi. Co nie następuje zbyt często, rzecz jasna.


* Po głębszym zastanowieniu te informacje bezczelnie bym jednak zataiła i nie umieszczała w CV

To jak, jakiś chętny z ofertą pracy?

Pozdrawiamy,
z&m

Sunday, 1 June 2014

M3 Się dzieje! vol 2 czyli dalsza część szalonego dziecięcego weekendu

Nie wierzę w to że ten weekend jednak się kończy... Szaleństwo jakieś nas ogarnęło weekendowe i wyjść było u nas co niemiara. Na szczęście córeczka znosi je raczej dobrze (poza momentami kiedy jest głodna), dużo się śmieje i śpi i zadowoleniu z długiego przebywania na świeżym (ekhem ekhem) powietrzu wydaje się nie być końca.

Dzisiaj w agendzie Przystanek Śniadanie z Ruby Soho i Judytą Mamą-Silesią (Dorotka, nie znalazłyśmy się, buu. I Olga, jak tylko Polka wydobrzeje musisz się zjawić, nie ma to tamto), z którego wszak wcześnie musiałyśmy się urwać bo czekał nas niedzielny dziecięco-dniowy obiad u rodziców. A rodzice kompletnie zwariowali, wiadomo, w końcu się doczekali dziecka w rodzinie to wariować trzeba. Milly została obsypana prezentami (o nich jutro) a my ugoszczeni wspaniałym jedzeniem. Potem spacer babci-mamy-córki i leniwa kawa w rodzicielskim ogrodzie. Na koniec (prawie!) spotkanie z przyjaciółką M. i jej prawie 2,5 letnim synkiem T., który na swoim chodzącym rowerku urządził sobie z Towarzyszem Mężem spacerowe wyścigi (T. na rowerku, TM wózkiem). T wygrywał za każdym razem, oczywiście.

I w końcu dotarliśmy do domu, Towarzysz Mąż wygłupiał się z córką podczas gdy ja miałam szybką lekcję domową, kąpiel (Mill), jedzenie (Mill) i... niespanie. Czyżby za dużo wrażeń? Ja siedzę i piszę tego posta i zastanawiam się czy powinnam się nauczyć usypiać dziecko (Moja mama: A jak się ją usypia? Ja: Nie wiem, jak jest śpiąca to po prostu idzie spać, nie usypiałam jej jeszcze... Mama: yyyy) czy to taki jednorazowy nieśpiący o 23 wyskok i jak już uśnie to prześpi dłużej, hmmm... Nie wiem, ale siedzi u taty na kolanach, uśmiecha się pięknie i wygląda na szczęśliwą.

A jutro powrót do jako-takiej normy. I też fajnie.

W ogóle, myślą przewodnią dzisiejszego dziecięcego dnia jest to, jak fajnie jednak jest mieć dziecko i mieć co świętować. Wszystkiego dobrego Mill!

I Waszym dzieciom też wszystkiego dobrego.

PS. Tak się łikendowo zakręciłam że z wrażenia nie zadzwoniłam do mojego chrześniaka i jego siostry z życzeniami. Zła ciotka, zła ciotka! I kaja się!!!!!!!!

Buzia,
z.-

 Na Przystanku Śniadanie dzisiaj tłumy dzikie, cud że się znalazłyśmy. I znów, ciamajda jedna, nie zrobiłam sobie zdjęcia z dziewczynami. Ale co się odwlecze....

 Obiad u mamy. Mniam-mniam-mniam.
 Towarzysz Mąż i T. stający do wyścigu

I niczego nieświadoma słodka śpiąca królewna