Friday, 27 June 2014

M3 Podróż samolotem z niemowlęciem

Edit: Technologia google blogger absolutnie zawiodła i cały piękny wysmarowany po polsku test google translate przetłumaczył na beznadziejny googletranslate angielski. Tekstu oryginalnego odzyskać się nie da. Niniejszym załamuję ręce i piszę post jeszcze raz.

Widzieliśmy to już z Towarzyszem Mężem. Cały samolot mierzący nas nienawistnym spojrzeniem i marzący o tym, żebyśmy już wysiedli. Cały samolot oceniających pasażerów w skrytości liczący na spokojną podróż zmącąną jedynie nieuniknionymi w tanich liniach lotnicznych ogłoszeniami srzedającymi zdrapki/kanapki/perfumy bezcłowe i inne podobne wątpliwe dobroci. Na pewno nie z krzyczącym na cały samolot niemowlęciem w zdecydowanie zbyt bliskiej odległości z rodzicami którzy nie są w stanie owego niemowlęcia uspokoić i w ogóle po kiego grzyba takie niemowlę targają na drugi koniec Europy, szaleńcy jacyś!

Ale sytuacja rodzinna jest jaka jest, dziadkowie jak i cała angielska rodzina Towarzysza Męża są tu a nie gdzie indziej, Towarzysz Mąż i tak musi być w Anglii przez 5 tygodni i i tak nie zobaczy córeczki tak długo bo pracować ktoś musi, tak więc zdecydowaliśmy się pojechać razem. Nie my pierwsi nie ostatni, nie z takimi małymi dziećmi ludzie podróżują, damy radę, nawet jak nasze najczarniejsze podróżnicze wizje się spełnią - myślimy. W drogę więc.

I wiecie co? Żadne się nie sprawdziły!

Mill była przegrzeczna, nie zapłakała ani razu (!) nawet pomimo tego że spała li i jedynie 20 minut (obudzona wrzeszczącym ogłoseniem o sprzedaży zdrapek). Śmiała się do ludzi wokoło, gaworzyla i kontemplowała. Zaliczyłyśmy też karmienie na pokładzie i przewijanie (edit: scrolling the child LOL) podczas lotu (prawdopodobnie powinnam zapdejtować moje cv, wszak to nowonabyta jakże istotna umiejętność) i zebraliśmy mnóstwo komplementów na temat tego jaka Mill grzeczna (jakby w tym była jakakolwiek nasza zasługa - po prostu Mill miała dobry dzień i nam się ufuksiło, ot co.)

A teraz troche rad praktycznych z perspektywny naszego jednorazowego doświadczenia lotu z niemowlęciem:

1) Jeśli bierzecie wózek (do drugiego roku życia można bez dodatkowych opłat) - trzeba się zgłosić w punkcie odprawy bagażowej (nawet jeśli żadnego rejestrowanego bagażu do odprawienia nie mamy) żeby zdobyć naklejki na wózek. Jeśli wózek, jak nasz, składa się z dwóch części (gondola osobno, stelaż osobno) naklejki dostaniemy dwie, każda na odpowiednią część wózka. Jeśli Wasz wózek, podobnie jak nasz, ma dodatkowo zapinaną torbę w stelażu możemy wykorzystać ją jako dodatkowe miejsce na bagaż (pod warunkiem że stelaż złoży się razem z zawartością tej torby) - w naszej była moskitiera, osłonka przeciwsłoneczka (optymistycznie), folia przeciwdeszczowa (realistycznie) i Tula razem z wkładką dla niemowalaka. Onaklejkowany wózek zostaje z nami aż do samego wejścia na pokład i zaraz po wyjściu z samolotu go odbieramy (a o tym więcej w punkcie).

2) Jeśli bierzecie wózek przygotujcie się albo na a) dość długie czekiwanie aż obsługa lotniska łaskawie pozwoli Wam korzystać z windy b) taszczenie wózka po zdecydowanie zbyt dużej ilości schodów. Taka sytuacja spotkała nas na lotnisku zarówno w Krakowie jak i Manchesterze, a i doświadczywszy wielu lotnisk w mojej przedwózkowej karierze, śmiem wysnuć nieśmiały wniosek że bez względu na to skąd i dokąd lecicie będzie podobnie, zwłaszcza w przypadku mniejszych lotnisk. 

4) Przejście przez bramki: wózek skanowany jest tak jak wszystkie inne torby (ze względu na dość wielkie gabaryty naszego wózka trzeba było zdemonować tylne koła, żeby w ogóle się zmieścił do maszyny skanującej, ale nie było to jakoś wybitnie uciążliwe), a dziecko bierzemy na ręce i standardowo sru przez bramkę. Wszelkie inne reguły takie same jak przy normalnym podróżowaniu samolotem, za wyjątkiem możliwości przewiezienia więcej niż 100 ml płynu w psotaci mleka dla dziecka.

3) Wpuszczania dzieci na pokład w pierwszej kolejności absolutnie już nie działa i w sumie odkąd nawet Ryanair wprowadził numerowane miejsca nie ma sensu stac w gigantycznej kolejce i się stresować (czego, sądząc po rozmiarach kolejki i panice w oczach pasażerów, mnóstwo ludzi jeszcze nie kuma). My, w celu uniknięcia nienawistnych spojrzeń ludzi w samolocie na wypadek krzyczącego dziecka (co nigdy nie nastąpiło, uff) byliśmy ostatnimi pasażerami na pokładzie. Kiedy rozpoczęło się wpuszczanie pasażerów na pokład byłam jeszcze Małą przewinąć i spokojnie ze wszystkim zdążyliśmy. Poza tym im krócej na pokładzie samolotu tym lepiej, bo najwygodniejsze miejsce, z dzieckiem czy bez, to nie jest.

4) Jak już pisałam, przewijałam Mill też na pokładzie. Myślę że jeśli Wasze niemowlęta nie są tak hardcorowo-kupowymi-po-każdym-posiłku przypadkami, spokojnie da się uniknąć tego wątpliwie fajnego doświadczenia. Warto jednak wiedzieć że kibelek ze stacją do przewijania znajduje się z tyłu samolotu, więc jeśli zdecydujecie się szarpnąć na wybór miejsca w samolocie warto to rozważyć i wybrać tyły. My siedzieliśmy w szóstym rzędzie, więc musiałam przemaszerować z Mill przez cały samolot. Niczym rasowa celebrytka Mill rozdawała uśmiechy na prawo i lewo, natomiast w drodze powrotnej niczym nieco mniej rasowa celebrytka wyrzygała mi się na ramię o czym poinformował mnie stjuard mimo mało eleganckiej sytuacji zwracając się do mnie per 'Madame'.

 5) Podaczas startu i lądowania warto mieć na podorędziu butelkę i dawać dziecku pić małymi łyczkami. Zapobiega to zatykaniu i boleniu uszu podczas zmiany ciśnień. Ja miałam dwie butelki po około 70 ml w każdej (tyle się udało odciągnąć) i zupełnie nam to wystarczyło. Podczas lotu zaliczyłam też karmienie piersią, i tyle jedzonka było dość. Jeśli nie czujecie się komfortowo karmiąc piersią publicznie warto zabrać więcej mleka. Mają w samolocie też podgrzewacz do butelek, co w takiej sytuacji się przydaje, jednak nie podgrzeją mleka przed startem tylko po - w naszym przypadku więc Mill musiała zadowolić się tym w temperaturze pokojowej. Zadowoliła się bezproblemowo i zarówno start jak i lądowanie poszły kompletnie bezbloeśnie.

6) Ciuchy na podróż: Polecam warstwy. Kiedy lecieliśmy na zewnątrz było 11'C. Mill miała na sobie gubą polarową bluzę, ale pod spodem body z krótkim rękawkiem. Przydało się kiedy w samolocie przed odlotem panował wręcz tropikalny upał. Im wyżej natomiast tym było zimniej i niezbędny okazał się kocyk, którym przykryłam ten krótki rękawek. Czapkowym dzieciom polecam też cienką czapeczkę bo w pewnych moemntach było naprawdę chłodno.

Ubrania mamy karmiącej - oczywiście coś łatwego do karmienia. U mnie sprwdził się łatwozdejmowalny kardigan na guziczki, top na ramiączkach i chusta, którą elegancko przykryłam dekolt topu na ramiączkach. Przy okazji przykryłam Mill i cyc żeby nim publicznie nie apatować podczas karmienia i sprawdziłą się też jako dodatkowa warstwa do przykrycia kiedy kocyk wydawał mi się być za cienki.

7) Dziecko podróżuje na naszych kolanach przypięte specjalnym pasem, który jak na moje oko to troché pic na wodę fotomontaż, ale niech im będzie. Ustrojstwo nie jest trudne w obsłudze, a w razie czego obsługa samolotowa chętnie pomoże.

8) Tuż po opuszczeniu pokładu samolotu po wylądowaniu odbieramy wózek. Nasz doleciał w jednym (a wlaściwie dwóch) kawałku, nienaruszonym na szczęście. Ładujemy dziecko do środka I dalej jazda do przekraczania granic i odbioru bagażu. Po pokonaniu toru przeszkód ze schodów, rzecz jasna (patrz punkt 2).

Viola! Nie było tak źle (a nawet było bardzo dobrze. Szkotki siedzące obok mówiły że w życiu takiego grzecznego dziecka w samolocie nie widziały. Pękam z dumy, choć zdaję sobie sprawę że niewiele w tym mojej zasługi.)

A Wy, jakie macie doświadczenia? Piszcie, może się komuś przyda!

Pozdrowienia angielskie (typowo deszczowo pochmurne) i lecimy (nomen-omen) na kolejne wesele

z & m

 Tuż przed odlotem

Samolotowa selfie z obudzonej ze swojej dwudziestominutowej drzemki Mill. Więcej nei spałą, ale też nie płakała, a jak się nie ma co się lubi...

17 comments:

  1. "Milly was przegrzeczna" to mój ulubiony fragment. Miłego wypoczynku :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Yyyy... Iza, dzięki za komentarz, dzięki niemu zorientowałam się że coś jest z tym postem niehalo. Głupi MAC Towarzysza Męża!!!!

      Delete
  2. nooo, daliście radę, super! polskie wtręty w tekście to chyba tak dla zmylenia brytyjskiej rodziny TM! :) bawcie się dobrze!!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ruby, Ty serio myślałaś że ja to tak masakrycznie napisałam?!?!?!

      Delete
    2. Widzisz, miałam do Ciebie pisać w tej sprawie na fejsie, niemowlę jednak skutecznie odwróciło moją uwagę i dopiero teraz sobie o tym przypomniałam. Niemniej jednak przebrnęłam przez niewysmakowany w wersji angielskiej tekst, a teraz muszę dla porównania ogarnąć wersję wysmakowaną.

      Delete
    3. Hahahha, i 'scrolling the baby' Cię nie zaniepokoiło? :ppp

      Delete
  3. Tekst angielsko polski wypadł bosko :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Masakra. Powinnam go była zachować, ku przestrodze!:)

      Delete
  4. Ps. Poprawię literówki z samego rana, promise!!!!

    ReplyDelete
  5. Czytam i tak sobie myślę że sama w życiu nie dałabym rady polecieć do towarzysza niemęża ;) On musi polatać do nas :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oj tam, nie dałabyś rady... Ja wracam sama z Mill niebawem to dam znać jak mi poszło. Ale zaopatrzona w Tulę jestem optymistycznie nastawiona :)

      Delete
  6. Podziwiam, ja chyba bym nie poleciała z tak małym dzieckiem. :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie ma czego podziwiać. Ja się zastanawiałam jak to jest z tym podróżowaniem z małym dzieckiem... bo nie jesteś pierwszą osobą która mówi, że by nie poleciała... Ale przemyślawszy sprawę wiele osób też by nie pojechało w ciąży na drugi koneic świata tak jak ja (za pozwoleniem lekarza, oczywiście), a nawet bez ciąży też by nie ogarnęło takiego podróżowania jakie my z Towarzyszem Mężem z lubością uprawiamy, więc chyba nie ma się do końca co sugerować... Nie wywiozłam Mill do Afryki z szalejącą malarią ani w żadne dzikie miejsce w które może i miałabym ochotę pojechać, tylko do oddalonej o 2,5-godzinny lot Anglii żeby zobaczyła dziadków i poznała swoją angielską rodzinę. I nie uważam, żebym robiła jej krzywdę, przynajmniej ona wydaje się zadowolona. Więc chyba jest ok :)))

      Delete
  7. Scrolling the child ROCKS!!! :) Nabieram wiary, że i nam się uda niebawem :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jasne! Ale koniecznie weźcie nosidełko, przyda się! Choć więcej o tym powiem Ci po powrocie, bo w locie TAM w ogóle nie używałam Tuli, a w drodze powrotnej planuję Mill w niej mieć cały czas... I zobaczymy :)

      Delete
  8. Milenka to przeciez grzeczna dziewczynka :-) Gdybym miała teściów za granica tez pewnie bym poleciała z takim małym dzieciątkiem bo czemu nie -) Wszystko jest dla ludzi :-) Miłego odpoczynku u teściowej :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki! I pewnie że wszystko jest dla ludzi, a jak :)

      Delete