Monday, 4 August 2014

M5 Wakacje w skansenie, matka-wariatka i ciepły, letni deszcz

Pisałam już wielokrotnie o cudownym parku, od którego mieszkam rzut beretem. Nie pisałam natomiast, że w owym parku, oprócz fajnych knajp, zoo, wesołego miasteczka, dwóch stadionów, planetarium i hali wystaw mieści się także fantastyczny skansen. Skansen rozciąga się na 20 hektarach i odtworzono w nim multum chat i innych budynków z regionu z okolic XIX w. Największymi atrakcjami, jak podaje oficjalna strona, są' chaty mieszkalne, spichlerze, przydrożne kapliczki, wiatrak, stodoła, kuźnie, młyny, piec wolnostojący, wiejska szkoła a także garbarnia, sołecki areszt oraz karczma „U Brożka” serwująca regionalne potrawy w cieniu  malowniczych kasztanowców'.

Skansen znam, lubię i bywam minimum raz do roku, często zabieram gości (zwłaszcza z zagranicy!), bo jest to coś fajnego, innego... i dużo się tam dzieje. Są warsztaty pieczenia chleba, wystawy eko żywności, degustacje miodów i tego typu atrakcje.

O akcji 'wakacje w skansenie' poinformowała mnie jedna z czytelniczek (pozdrawiam Cię ciepło Asiu!) i co tu dużo mówić, przemówiła idea do mnie jak nic (mimo tego że teoretycznie Mill jest za mała na takie atrakcje).

 

Bezpłatnie rozszerzyć sobie trasy spacerowe o 20ha skansenu? Czemu nie?

Pogoda zapowiadała się ładnie, deszcz miał padać dopiero po 16 wedle mojej prognozy pogody.
Mill wysmarowana filtrem, ubrana w swój nowy bodziak na ramiączkach i chustę niczym mały zadowolony pirat wyjątkowo bez protestów dała się wsadzić do wózka i ruszyłyśmy. Ahoj przygodo!

Mill drogę do skansenu przespała a ja zapomniawszy słuchawek do słuchanego aktualnie audiobooka ('Niezwyciężony' Lema - ale kurka, ja chyba jednak nie lubię si-fi) rozmyślałam o milionie zadań które mam do wykonania (czy Wasze listy rzeczy do zrobienia też nigdy się nie kończą?). I ani się nie obejrzałyśmy dotarłyśmy do skansenu. Były rodziny z dziećmi, ale tłumy zdecydowanie mniejsze, niż się spodziewałam, co zresztą potwierdziły panie ze sceny mówiąc, że z reguły jest około 500 osób, a dziś połowa z tego. 

Oczywiście, działające świetnie na mnie (zaraziłam się od Olgi, najwyraźniej) prawo Murphiego sprawiło, że w momencie kiedy dotarłam pod scenę (z której te panie mówiły), zespół Volare ze średnią wieku na oko 11, śpiewał że będzie szedł za mną do piekła - pogoda z bajecznie słonecznej zrobiła się ni stąd ni zowąd wietrzna i brzydka. 

Dostany na wejściu numerek (razem z ulotkami o niebezpieczeństwach nadmiernego promieniowania słonecznego i boreliozy) uprawniający do udziału w losowaniu nagród (myślę że Mill póki co nie będzie protestować przeciwko niewygraniu tornistra/puzzli/kubka/gry planszowej i maskotki pluszowej, a ja tym bardziej, zwłaszcza jeśli chodzi o maskotkę pluszową) oddałam sympatycznie wyglądającemu panu obok i zarządziłam odwrót.
 
Za późno go zarządziłam, wszak. Co nastąpiło:

1) zdesperowany telefon do Tatka, żeby po nas przyjechał, bo już kropi, a wygląda na to że będzie jednak gorzej
2) urwanie się Tatka z pracy w celu ocalenia jedynej i ukochanej wnuczki od szalejących deszczy (i, co okazało się później, burz)
3) obudzenie się Mill i protest bycia w gondoli (surprise surprise)
4) całkowite i totalne oberwanie chmury
5) z brakiem miejsca do schowania się gdziekolwiek
6) umieszczenie Milly w Tuli co wiązalo się z zaprzestaniem płakania i pozytywnym zdziwieniem padającym ze wszystkich stron deszczem
7) przemoknięcie do suchej nitki
8) pragnienie przeklęcia na czym świat stoi, ale powstrzymaniem się, no bo przecież z dzieckiem idę (idę?! biegnę!)
9) błysk burzowy plus lekka panika ze strony mamy czyli mnie. Ze strony dziecka czyli Milly dzika radość i uśmiechy na prawo i lewo
10) dotarcie do wejścia głównego ze skansenu, gdzie czekałyśmy na Tatkę czyli Dziadka
11) otoczone mini-wycieczką młodych emerytów/rencistów tudzież jakiejś innej grupy zadodowej
12) do których Mill się śmiała i chichrała wciąż a oni nie mogli wyjść z podziwu że jak to ona jest taka grzeczna i nie płacze i jej się podoba
13) wytarcie Mill bambusowym otulaczem któremu schowanemu pod budą wózka udało się zmoknąć zdecydowanie mniej niż nam
14) Przyjazd Tatki aka Dziadka, wpakowanie gratów do samochodu i bezfotelikowy pięciominutowy rajd do domu (co dla mnie, matki z hoplem na punkcje bezpieczeństwa samochodowego i fotelików, było przeżyciem co najmniej równie stresującym jak szalejąca coraz bardziej burza na zewnątrz samochodu. Logika jednak wygrała, i Mill przypięta do mnie w Tuli w pasach wydała się lepszą opcją niż godzinny spacer do domu w totalnej ulewie i w dodatku z burzą)

Po przyjściu dziecko (ciągle zadowolone, choć coraz bardziej niecierpliwe, bo głodne) zostało wysuszone, przewinięte, przebrane w suche rzeczy, nakarmione i usnęło w maminym łóżku. Matka została ciągle zestresowana, wysuszona, przebrana w suchy dres i zabrała się za popełnianie tego posta, gotowanie obiadu i ogarnianie mieszkania, bo nie wiadomo ile dziecko po dzisiejszych przygodach pośpi.

Przez resztę dnia zamierzam się z Mill kokosić w łożku, karmić, bawić i czytać książki.

No jak to u nas... z przygodami!

A jak Wam mija lato?

Ściskamy,
z&m

 Skansenowa szkoła, w której odbywają się prelekcje i inne plenerowe atrakcje

 Selfie z Mill kiedy pogoda jeszcze dopisywała

Tu pogodowo zaczęło być trochę gorzej. Co działo się później nie jest uwiecznione na zdjęciach gdyż przekładanie Mill z wózka do Tuli, staranie się żeby Mill i wózek nie zmokły za bardzo, wykonywanie desperackiego telefonu do Tatka i bieg w gumowych sandałko-japonkach crocsa z dzieckiem w Tuli, wózkiem przede mną i burzą szalejącą nade mną skutecznie powstrzymały mnie od robienia zdjęć on top of that.

A po poranku pełnym wrażeń... Śpimy!

13 comments:

  1. Ale wycieczka z przygodami! I Mill jaka fajna w tej chuście. A to śpiące zdjęcie takie z góry urocze, mam kilka podobnych naszej Hanki (ależ one są słodkie, kiedy śpią). W Twojej opowieści wszakże wyciągnęłam jeden duży pozytyw- z pewnością buty Ci nie przemokły:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. hehhehe, buty mi nie przemokły, natomiast z całą pewnością (i przykrością!) stwierdzam że co najmniej średnio nadają się do biegania:)

      Delete
  2. O ciekawa akcja, może się wybierzemy o ile Witek jako tako polubi na chwilę wózek, aby dotrzeć do tego skansenu, bo inaczej jego tempem to nawet jakbyśmy o 7 wyszli to nie zdążymy :D bo przeciez tyle ciekawych rzeczy jest po drodze :)
    PS/ ostatnio coś macie z Milly pecha do deszczu :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dajcie tylko znać, my na spacer zawsze chętnie:) No i pech do deszczu się zgadza, ale myślę ze to dlatego że wyłazimy jak wariatki zamiast siedzieć w domu. No ale jak to było - nie ryzykujesz nie masz?

      Delete
  3. nooo ta burza dzis do poludnia byla dosc niespodziewana, nas zastala na 3 stawach na dolinie, ale na szczescie w pore umknelysmy w bezpieczne schronienie ;-) Dori

    ReplyDelete
    Replies
    1. No to uffff.... :)
      PS. A prezent Martusi leży i czeka!

      Delete
  4. Pomijając przygody pogodowe... To nie za dobrze masz tam z tym wszystkomającym parkiem?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Hhahahah, wszystkomający park <3 Wiesz - dobrze mam i nie narzekam. Ale wiesz - nie mam ogródka :p

      Delete
    2. Wiesz, ja nie mam ani ogródka, ani parku. Tylko pole kukurydzy ;)

      Delete
  5. jaaaaa! no to teraz internetowe cioteczki powinny rzucić się na Ciebie za tą jazdę autem:))))
    A poważnie, do skansenu musimy się (TEŻ) umówić, bardzo lubię to miejsce :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ej no, czekam na ten hejt i czekam, szykuję klatę do wzięcia go na (a mam na co brać!) a on nie nadchodzi!!!! :O

      A do skansenu ja oczywiście zawsze chętnie :)))) Miejsce też lubię, że już nie wspomnę o Was:)

      Delete
  6. Żałuję, że nie udało mi się dotrzeć. Na szczęście my po tych wszystkich "zawirowaniach czaso - przestrzennych" już jesteśmy w domu.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dobrze że jesteście w domku! ja chcialam do Was pisać,a le trochę się bałam.... Cieszę się że już ok, a spacer nadrobimy kiedyś. Pozdrowionka!

      Delete