Friday, 31 January 2014

W32 Miejsca: Szafranowy Dwór

Dziś to jeden z tych dni kiedy zimno, ciemno, i nijako. Mimo ferii, wolnego czasu i teoretycznych chęci ogarniania okołodzidziusiowych spraw jakoś tak... nic-mi-się-niechcąco dzisiaj.

Zaproszenie od pracującej w Hotelu Szafran koleżanki licealnej A. mieliśmy z Towarzyszem Mężem już od dawna. Z Hotelem współpracujemy tłumaczeniowo od dłuższego czasu, ale, mimo że w sumie zupełnie niedaleko od nas, zupełnie nam tam nie było po drodze. A dzisiaj w końcu się zebraliśmy i pojechaliśmy. Randka z Towarzyszem Mężem przy dobrym jedzeniu w zimno-ciemno-niejaki dzień to jednak zawsze dobry pomysł.

Restauracja jest duża, bardzo duża, i w porze lanczu w tygodniu tłumów nie było (choć nie byliśmy jedynymi gośćmi). Za to jedzenie... bajkowe! Odkąd nie mam zgagi (czyli od wczoraj) doceniam każde, a tak pięknie podane i w dodatku smakujące nieziemsko doceniam podwójnie. I co za radocha wybierać z przetłumaczonego własnoręcznie menu! Zupę (krem z pieczonych buraków z grzanką z kozim serem) zjadłam tak szybko że aż zapomniałam o zdjęciu (no i co ze mnie za bloger, siara jak nie wiem), później makaron, a nie pamiętam kiedy ostatnio jadłam makaron, a na talerzu Towarzysza Męża wylądowały roladki z kurczaka z suszonymi pomidorami i innymi dobrociami w środku a na deser dla mnie (moje dziecko jest wielkim głodomorem, zarówno koleżanka A. i Towarzysz Mąż za deser podziękowali bo nie byli w stanie tyle zjeść, natomiast Milly zdecydowanie domagała się deseru, a przecież nie będę z nią polemizować) ciepłe brownie z lodami miętowymi.

W skrócie mniam mniam i mniam.

Polecam! I miejsce, jeśli chodzi o jedzenie, i znalezienie czasu na randki z Waszymi ekwiwalentami Towarzyszy Mężów, bo dobra randka nie jest zła. W moim przypadku zwłaszcza, jeśli nasze cholera-wie-ile-kilo-szczęścia nie domaga się ciągłej uwagi i spokojnie zadowala się brownie w moim brzuchu, a my możemy skupić się póki co jeszcze tylko na sobie.

Najedzone i zakochane,
z&m


Papu Towarzysza Męża


 Papu moje 


 Naprawdę było smaczniej niż wskazują na to nasze miny :)


I na koniec Millusiny deser. Mniam.

4 comments:

  1. randka pierwsza klasa:) dobrze, że udana, ale od kiedy napisałaś o brownie i potem je pokazałaś, to nie mogę mysleć o niczym innym :D kocham ciasta i brownie to jedno z moich ulubionych:))

    ReplyDelete
    Replies
    1. O nieeeee... Kajam się! Ale wzięłaś sobie ładny odwet za to brownie dzisiejszym kaszo-jaglanym paprykarzem, bo odkąd przeczytałam Twój wpis to też o niczym innym nie myślę :)))

      Delete
  2. Replies
    1. No Twoje, Twoje! Coś się długo nie widziałyśmy, stwierdzam publicznie.... :)

      Delete