Thursday, 27 March 2014

W40 Jeszcze nie

Ciągle nic.

Przegląd dnia:

8:30 Dzwonek do drzwi. Poderwana na równe nogi (a przecież bab w ciąży nie powinno się podrywać na równe nogi, bo to stresujące jest,a  adrenaliny nie chcemy!). Pan kurier. Przecież nie czekam na kuriera. Pytam się czy na pewno do mnie, pan twierdzi że na pewno. Wpuszczam pana kuriera snując wizję wspaniałych niespodzianek, millusinych przesyłek i zawrotnej kariery mamy bloggerki o której dowiedział się producent X, w jakiś tajemniczy, tylko sobie znany sposób zdobył nasz adres i wysłał nam mnóstwo produktu X bo tak zachwycony jest naszym blogiem (na swoje usprawiedliwienie mam to że ciągle byłam w półśnie!). Wodę sodową pan kurier wybił nam z głowy w ciągu minuty dając papiery z Telekomunikacji do podpisania. Yyyyy....

9:00 Skoro i tak nie śpię to równie dobrze mogę zjeść śniadanie. Herbata z liści malin (piję dwa razy dziennie, w końcu już jestem ewidentnie w terminie, ale nie powoduje u mnie absolutnie żadnych efektów, skurczy/ów - ciągle nie wiem jak to odmienić - bóli brzucha i innych strasznych rzeczy o których czytałam na forach, ale za to całkiem lubię jej smak) i owsianka z bananem i jagodami. A co! Milly kopie, co przyjmuję za dobry znak.

10:00 Wstaje Towarzysz Mąż i jak zwykle ma kupę roboty. Towarzyszka Żona podaje więc przedkomputerowe śniadanie, bierze prysznic i doprowadza się do stanu używalności.

11:00 Towarzysz Mąż ciągle pracuje. Milly i ja idziemy chodzić. Codzienne tour de park zakończone sukcesem, pogoda super, 1.45h maszerowania w szybkim tempie odhaczone. Mimo codziennych spacerów dziecię w brzuchu ani drgnie. Robimy dwie rundki po schodach (cztery piętra w te i wewte), dziecię dalej nic. Nie to nie. Zjadłabym coś.

13:00 Wracamy i jak prawdziwa choć nieperfekcyjna pani domu szykujemy lunch, jako że Towarzysz Mąż wciąż pracuje. Sałatka i pieczywo czosnkowe. Na deser - a jakże - mango.

13:30 Przed Towarzyszowo-Mężowym wyjściem do pracy zarządzam sesję przytulania, bo nie wiadomo ile jeszcze będziemy w dwupaku. Towarzysz Mąż znów słucha brzucha z ustrojstwem do gitary (już wiem, metronom to się nazywa!), serducho Milly 164/min, więc spoko, jak na dziecię w jej wieku. Pisze do mnie pracująca blisko przyjaciółka M. czy w ramach jej lanczowej przerwy idziemy na Cinnabon i kawę. Właśnie zjadłam lancz, ale co, ciasta i kawy ja nie dam rady!? Ja?! Idziemy!

15:00 Po cudnym spotkaniu z M. urządzamy Milly jeszcze jeden mały spacer, 40 minut łazimy. Ona ciągle nic. Ja mam zadyszkę.

17:00 Padam na dziób zamiast zbierać siły przed porodem. Kolejny prysznic (prysznicowa obsesja trwa), balsam do ciała i wielkie oglądanie brzucha w lustrze. Rozstępów ciągle brak. Ale żeby jakoś wybitnie opadł ten brzuch też bym nie powiedziała. Choć oddycha mi się lepiej od paru dni, ale stwierdzam że nie wyglądam, jakbym miała już i natychmiast rodzić. Nisestety. Mimo zrobionych brwi i pomalowanych nożnych paznokci.

18:00 Czas na hipnozę. Hipnoza daje radę. Płytę, przynajmniej jej pierwszą część, znam już na pamięć. Spokój. Tylko spokój.

19:00 Pora na blogowanie. Miało być o czym innym, ale temat chyba poczeka do jutra.

19:15 Aua, moja ręka! Lewa, więc nie z pisania, cholera, ale rwie! Auuuuuua! Aua, skurcz! Cholera, Czy to już????

19:30 Skurcz minął, ręka dalej napieprza. Hmmm... Chyba jeszcze nie, bo o ile mi wiadomo poród zwiastują skurcze,a  nie bolące ręce.

19:38 (teraz) Skurczy dalej brak. Ręka dalej boli.

19:39 Już 19:39? Ale kiedy ten dzień minął? O 21 ma być po mnie Towarzysz Mąż i mamy wyjść na coczwartkowe znajomowe spotkanie (chyba już ostatnie przed M., mam nadzieję!). Zostaje nam godzinka z Alice Munro. I godzinka żeby doprowadzić rękę do porządku. Ciągle boli.

19:41 Skurczy ponownych ciągle brak. Ręka ciągle nie halo.

19:42 Chyba wygooglam czy boląca ręka może być zwiastunem porodu.

19:43 Nie może.

19:45 Odbija mi. Wyłączamy komputer. Idziemy czytać, zająć się sobą, poczytać i czekać na Towarzysza Męża. Ale może to już wkrótce, kto wie?

Kto wie?

z&m

[obrazek stąd]



20 comments:

  1. Miły dzień. Ja dziś dla przeciwwagi cały dzień spędziłam leżąc, starając się nie myśleć co złego może przynieść ból brzucha, który mnie nawiedził dokładnie o 10.15 a odpuścił jakieś 20 minut temu jak wyszłam spod prysznica (rano też brałam ale nie pomogło). Za to nadrobiłam zaległości serialowe i pogoniłam lekturę :) A teraz jak przystało na lenia idę spać :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. też przyjemnie :) I jak ten ból, poszedł sobie?

      Delete
  2. To mialas dzien pelen wrazen :) Oj co ja sie ochdzilam po schodach, na spacerach, osprzatalam itp. I nic. Trzeba cierpliwie czekac, az dziecie zechce sie prztwitac z rodzicami. Mowilam, ze bardzo podoba mi sie wybrane przez Was imie? Milly - cudnie! Obsesje prysznicowa rowniez przechodzilam, 2 x dzienie minimum ;-) ogolnie milo wspominam ten czas przed, ale wtedy szlag mnie trafial wyczekujac najmniejszego skurczu, mowiacego, ze to juz :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Fajnie że Ci się imię naszej M. podoba :) I mój skurcz mówiący że to już jak się okazuje nigdy nie nadszedł!

      Delete
  3. Ja urodziłam 4 dni przed terminem - mnie pomógł ogólnie ruch - chodzenie po schodach itd. Choć być może akurat już sam przyszedł czas na dziecko. W każdym razie powodzenia :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja też ruszałam się dużo do samego końca ciąży i urodziłam dokładnie pomiędzy terminem z miesiączki a terminem z karty ciąży. Nie wiem czy ruch na to wpłynął, ale myślę że na sam przebieg porodu zdecydowanie - rodziłam tylko 5,40h, co jak na pierwszy raz nie jest najgorszym wynikiem, myślę :)

      Delete
  4. A u mnie było tak, że jak tak strasznie czekałam i czekałam to mała nie chciała wyjść na świat. A jak tylko odpuściłam i było mi wszystko jedno, to skurcze zaczęły się zupełnie niespodziewanie i tak Basieńka urodziła się tydzień po terminie ;)
    Ale Twoja bolca ręka to dla mnie hit :D i to, że sprawdziłaś czy przypadkiem to nie zwiastuje porodu to drugi hit :)
    Trzymam kciuki w dalszym ciągu ! :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Widzisz, jak się okazuje moja boląca ręka jednak była zwiastunem porodu ;pppp

      Delete
  5. Heheheh fajny dzień ! Bardzo aktywny ! Ja zdecydowanie więcej się leniłam ! Więc jak ruszyłam z myciem okien, "przytulaniem" i wchodzeniem co drugi schodek to i młoda się ruszyła :D
    Brzuch też mi specjalnie nie opadł więc tutaj do końca nie ma się czym sugerować :)
    Milly uparciuch ! Nie ma tak dobrze jak u mamusi pod serduchem ;) !

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ale na zewnątrz też jest fajnie :p

      Delete
  6. Zycze Ci duzo sil w tym wyczekiwaniu. Moja Hania urodzila sie 15 dni po terminie, tzn wyciagneli ja sila:) Nie zadzialaly zadne herbaty, ostre jedzenie, bieganie po schodach ani mycie okien. Brzuch sie nie obnizyl do porodu prawie wogole, mala kopala z calych sil do samego konca. Wszyscy mowia, ze dzieciaczki same wiedza kiedy wyjsc, ale niektorym to chyba az za dobrze sie siedzi w tym brzuchu :)))

    ReplyDelete
    Replies
    1. O rety, 15 dni?! Chyba bym zwariowała z tego czekania Jagoda!!! Mega podziw!

      Delete
  7. Zuziku musisz umyc na kolanach wszystkie podłogi w domu, wyczyscic wszystkie okna, powiesic firanki;-) wziąść gorącą kapiel, wypic kiliszek czerwonego wina i intensywnie glaskac brzuch;-) pozdrawiam i trzymam kciuki, nasza maja tez nie chciala wyjść;-) to normalne

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie zdążyłam wypróbować żadnego z Twoich sposobów :)))) Choć wino i tak by nie przeszło ;)

      Delete
  8. Mam nadzieję, że Lenka wyjdzie w miarę znienacka, bo takie czekanie mnie chyba wykończy ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Życzę Ci tego, bardzo! Ja na szczęście nie musiałam za długo czekać :)

      Delete
  9. O to, to... umyj okna, w sumie święta idą to nie zaszkodzi!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ale umyłam tydzień wczesniej, ileż można okna myć :p

      Delete