Thursday, 20 February 2014

W35 Ciążowe zachcianki

I pewnie czekacie na frytki z budyniem, kabanosy z czekoladą i inne dziwy. A tu, za przeproszeniem, nie o tym.

Kulinarnych zachcianek wszem i wobec ogłaszam nie miałam w ciąży wcale. To znaczy - kulinarnych innych niż zwykle i z udziwnionymi produktami jakimiś. Od jedzenia bardziej mnie odrzuca(ło), co jest zjawiskiem dziwnym z umiłowaniem moim do jedzenia ponadprzeciętnym. Na początku ciąży jadłam głównie mrożony jogurt (nie pomagał na mdłości, ale nie sprawiał że były gorsze, co musiało mnie zadowolić), migdały (bo ponoć świetne na mdłości, w moim przypadku jedynie ponoć) i imbir (na który teraz patrzeć nie mogę, bo miał świetnie łagodzić mdłości, a powodował tylko imbirowo-smakujące rzygi). W drugim trymestrze jadłam jak przed ciążą, może trochę zdrowiej, ale jakichś wybitnych zachciewajek nie pamiętam. Chciałam Towarzysza Męża wkręcić kiedyś o drugiej rano że mam ogromną ochotę na lody czekoladowe i natychmiast ma zaiwaniać do Tesco (skoro już się tej ciążowej zachcianki doczekałam) a on, bardzo przytomnie zresztą biorąc pod uwagę fakt że była druga rano, stwierdził że ja przecież nie lubię lodów czekoladowych, a poza tym jest druga w nocy. I taki ze mnie Szymon Majewski, jak z koziego tyłka trąbka, za przeproszeniem. A teraz jem to, na co córka mi pozwala, czyli mało (a dla żądnych szczegółów ciążowej diety - pisałam o tym tu).

A nasłuchałam się tyle historii o zachciankach, poczynając od mojej mamy (mania na wędzone węgorze, nie-do-zdobycia na Śląsku przed trzydziestoma laty; tata się spiął, stanął na uszach i zdobył, po czym mama stwierdziła że je czuć ropą i ona tego jeść nie będzie), moich cudownych kuzynek i przyjaciółek (szejki waniliowe z McDonald's, lody bambino, snickersy, ale to co najmniej sześciopak, kurczak z KFC... brzmi znajomo, dziewczynki?) a na blogach kończąc. A u mnie nic, nada, żadnych kulinarnych wybitnych zachcianek nie miewam. To znaczy miewam, ale takie zwykłe, jakie człowiek bez ciąży też miewa, od tych co przed ciążą nie różnią się wcale.

O co mi więc chodzi, po kiego grzyba piszę o zachciankach ciążowych skoro ich nie miewam?

Ano, miewam.

Tylko że nie są one kulinarne.

Nie oszukujmy się, aż tak łatwa w obsłudze nie jestem. Choć Towarzyszowi Mężowi pewnie by to pasowało, no ale każdego szkoda.

Także oto moja subiektywna lista zachcianek ciążowych z ostatnich ośmiu miesięcy:

1. Syndrom wicia gniazda

 Porządku mi się chce! Jak nigdy! Ten standardzik mnie nie ominął :)

2. Świeże powietrze

Lubiłam zawsze, ale nigdy do tego stopnia, żeby namiętnie wyłazić spacerować po parku przez co najmniej czterdzieści pięć minut (a w porywach dwie i pół godziny nawet). Zawsze wolałam chodzić gdzieś w jakimś konkretnym celu, a nie się szwędać dla samego świeżego powietrza. A tu proszę, pogoda za oknem wiosenna + ciąża zdecydowanie sprawiają że zachciewa mi się być na zewnątrz w prostym celu bycia na zewnątrz.

3. Wanna

Jesteśmy takimi szczęściarzami, że mamy i wannę i prysznic. Wanna aż do zeszłego miesiąca była tylko elementem dekoracyjnym łazienki, który należało sprzątać. I w przypływie lenistwa również miejscem w które wrzucałam ściągane przed wieczornym prysznicem ubrania, zupełnie jakbym nie mogła ich odnieść do szafy/kosza na pranie od razu (to zwykle robię rano. Głupi nawyk, ale co zrobić, tak mam. A raczej miałam do niedawna, bo ostatnio wanna jest w użyciu intensywnym). Aż tu nagle przyszedł trzydziesty tydzień ciąży (mniej-więcej) i po latach totalnego ignorowania wanna w końcu doczekała się atencji. Kocham wannę!!! Co najmniej 4 razy w tygodniu zwykłe leżenie w wannie przez 40 minut do godziny odpręża mnie jak mało co. Czasem czytam, czasem nie, tylko leżę, moknę i dobrze mi. Kto by pomyślał!

4. Zapachy

Lubię zapachy. Lubiłam zawsze, bez perfum ani rusz (choć ostatnio chyba przestawiam się na jakiś dziecięcy tryb, bo moje własne ukochane perfumy wydają mi się być za ciężkie), poza tym zapachowo lubię też świeżo pieczony chleb, kawę, koszoną trawę i pranie (choć w pierwszym trymestrze o wszystkich musiałam zapomnieć). Ale w domu nigdy nie potrzebowałam dodatkowych zapachów, nie uznawałam zapachowych świec, kadzidełek, brisów elektrik i innych bajerów. Aż tu przyszła ciąża i zachciało mi się kominka i zapachów domowych. Z reguły używam zwykłych tea lightów i olejków (kocham lawendę!), na porodówce też zamierzam (mogę!). Dziś w przypływie rozrzutności zamówiłam na allegro parę tart yankee candle (lawendowe dwie) do wypróbowania w ramach kominkowej odmiany - ciekawe czy są tak wspaniałe, jak wszyscy trąbią.

 5. Poranne kokoszenie się w łóżku

Jak na dobrą Towarzyszkę Żonę przystało, dzielnie z reguły wstaję przed Towarzyszem Mężem, robię śniadanie, herbatę i dopiero Towarzysza Męża budzę - z uśmiechem na ustach, włączonym BBC radio 2, zapakowanym lanczem (przynajmniej w poniedziałki i środy, czyli te dni kiedy ma długi dzień) i wszystkim gotowym żeby zacząć dzień. Ta reguła jednak ostatnio zdecydowanie wyleciała przez okno. To znaczy ciągle się zdarzają dni kiedy jestem dobrą Towarzyszką Żoną, ale teraz lubię rano zostać dłużej w łóżku, sprawdzić maile, wypić przyniesioną mi przez Towarzysza Męża herbatę, poczytać trochę i dopiero potem się zwlec i działać. Tak mi jakoś ciąża to poranne dochodzenie do siebie ustawiła i korzystam z tego ile wlezie, bo już długo pewnie na takie leniwe poranki nie będę mogła sobie pozwolić.

I wsio! (chyba)

A jak było u Was? Macie/miałyście jakieś ciążowe (kulinarne i nie) zachcianki?

Ściskamy,
z&m



(a zdjęcie stąd)


5 comments:

  1. Niestety przyznaję się bez bicia i to mnie bardzo zgubiło po czym widać tu i tam, od 8 m-ca ciasta teściowej i snickersy, które namiętnie w końcówce żarłam, bo inaczej tego nie można nazwać, Marek wspomina do dzisiaj że raz do szpitala przywiózł mi 6-paka a jeszcze tego samego dnia leciałam do bufetu po kolejne 2 :/ - straszne...beeee na samą myśl mam mdłości.......i dziwie się sama sobie jak mogłam tyle tego zjeść..no coment:/

    ReplyDelete
  2. Oczywiście zapomniała się podpisać A.Sz. :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Olcia, ja oczywiście wiem że to Ty, bo takich historii ze snickersami to mało jest :))) No a że mogłaś tyle zjeść to się nie ma co dziwić, hormony ciążowe mocna rzecz. Ja jestem w takim samym szoku i się dziwię że ja właśnie nie jem jakoś wybitnie dużo. A waga pociążowa w końcu zleci, nie zrobiła się w ciągu miesiąca tylko w czasie znacznie dłuższym, więc daj sobie czas i bez spiny!!!!! Najważniejsze że dzieci zdrowe i cudne :)

      Delete
  3. Ja nie mam żadnych zachcianek kulinarnych, staram się unikać słodyczy aczkolwiek czasami zdarzy mi sie zjeść. Całe szczeście omineły mnie mdłości i wymioty :-) ogólnie ciąże znoszę bardzo dobrze to juz 38 tydz. Pozdrawiam

    ReplyDelete
    Replies
    1. To i tak Cię podziwiam że unikasz słodyczy! Ja nawet wybitnie nie unikam, choć powinnam bardziej, zdaje się. Braku mdłości i wymiotów zazdroszczę niesłychanie, mnie i jedno i drugie daje się mocno we znaki (choć szczęśliwie miałam przerwę w drugim trymestrze, a są i babeczki które przerwy w ogóle nie mają, więc i tak się pocieszam że mogło być gorzej!).

      38 tydzień - tożto już tuż-tuż! Ciąża donoszona, możesz rodzić :))) czekam na dalsze niusy!!!!

      Delete